czwartek, 30 grudnia 2010

“Skarbówka i jej podatki - ehh co za kraj”

Tytuł analogiczny do tytułu znaleziska na Wykopie. Postanowiłem to skomentować, a że konta tam nie mam, to napiszę u siebie.

W skrócie: pewien człowiek chciał pomóc swojemu znajomemu, więc użyczył mu swoje mieszkanie. Znajomy ten, miał opłacić tylko koszty utrzymania mieszkania, czyli czynsz + opłaty za media. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie “uczynny” sąsiad, który doniósł do US. Właściciela odwiedziła kontrola podatkowa (mylnie w artykule nazywana policją podatkową) i po przeprowadzeniu śledztwa nakazała zapłatę zaległego podatku (zapewne też razem z kosztami manipulacyjnymi).

Autor Wykopu jest zbulwersowany zaistniałą sytuacją. Jego zdaniem nic nie zarobił, a skarbówka każe mu płacić.

Nie trzeba być specjalnie rozgarniętym, żeby dostrzec błąd w rozumowaniu. Dotychczas, jego przychody były pomniejszane co miesiąc o 400 zł czynszu. Jeśli ten czynsz płacił za niego ktoś inny, to przychody nie były pomniejszane o te 400 zł i to się definiuje jako zysk. A od tego płaci się podatek (czego do tej pory nie potrafi zrozumieć autor, nie zauważając, ze zaoszczędził przy pomocy kumpla 400 zł). Problemem jest jak zwykle nieznajomość prawa podatkowego i błędna próba zrozumienia tematu na logikę. W tym kraju nie ma czegoś takiego, jak świadczenie usług za darmo. Jeśli faktycznie ktoś nie wziął od kogoś pieniędzy, to znaczy, że tamten drugi osiągnął przychód (kasa którą miał wydać, została w jego kieszeni). Skarbówka zatem postąpiła prawidłowo.

I pozostałe niejasności:

Skarbówka nie wierzy, że za darmo i się czepia. Gdyby wierzyła każdemu, to w tym kraju nie byłoby w ogóle czegoś takiego jak “odpłatny wynajem”. Każdy by wynajmował “za darmo” swojemu “koledze” i nie płacił podatków, pieniądze od niego przyjmując w kopercie pod stołem. Wszyscy są oczywiście oburzeni na to, że instytucje traktują petentów jak złodziei, ale jak mają taktować? Każdy zamyka samochód na klucz… Po co? Bo każdego przechodnią z góry traktuje jak złodzieja??? Na drogach są ograniczenia prędkości. Po co? Bo taktują nas jak piratów drogowych? W sklepach jest ochrona, po co? Bo traktują nas z góry jak złodzieja? Z klientem podpisujesz umowę. Po co? Bo traktujesz go z góry jako oszusta? Zarzuty w tym samym tonie. Jesteśmy jako naród złodziejami, oszustami i piratami drogowymi, dlatego tak nas traktują. A jeśli ktoś się ze mną nie zgadza, to niech poda mi adres swojego mieszkania w którym nie zamyka drzwi, zostawi pieniądze na stole i kluczyki od samochodu w widocznym miejscu. No chyba, że z góry traktuje mnie jak złodzieja…

Dlaczego skarbówka zajmuje się pierdołami. Z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze otrzymali donos i muszą na niego zareagować. Inaczej za chwilę byłby Wykop “Państwo bezprawia! Złożyłem donos na sąsiada do skarbówki i nic nie zrobili. Są równi i równiejsi… “. Po drugie, US uczestniczą w jakichś rankingach. Im większe mają, że tak powiem, “sukcesy”, tym wyżej są w rankingach i mają jakieś tam punkty. Nie wiem po co im te punkty, ale je zbierają, więc pewnie konkretny urząd ma jakieś bonusy za dobre wyniki.

Dobrze, że nie dojechali tego drugiego. Właśnie pewnie dojechali. Płacąc tylko czynsz w wysokości 400 zł, płacił pewnie znacznie mniej niż średnia cena rynkowa. Różnica to przychód, z którego powinien się rozliczyć. Czyli urzędasy już na to wpadły… Puszczam oczko

Każde tłumaczenie działań US jest bezcelowe. Tu się akurat zgadzam. O ile nie popełnili błędu, to nie ma sensu ich tłumaczyć. To nie Urząd Skarbowy tworzy przepisy prawa podatkowego. Za głupoty podziękujcie tym, na których zagłosowaliście.

Przepisy zmuszają do kombinowania. Wcale nie zmuszają. Wystarczy ich przestrzegać. Nikt nikomu nie każe kombinować. Kombinowanie jest dla osób inteligentnych, którzy w 100% wiedzą co robią.

Ile to kosztowało Skarb Państwa? Prawdopodobnie nic. Pracownicy kontroli skarbowej to nie są najemnicy. To osoby które pracują na etacie i otrzymują comiesięczne wynagrodzenie w ustalonej kwocie. Przeprowadzenie śledztwa należy do ich obowiązków – bez względu na to czy komuś ujawnią 400 zł przychodu, czy 400 000 zł przychodu. Donos który napisał “życzliwy” sąsiad, trafił do naczelnika urzędu. Ten przekazał to do KP. Urzędnik w którego rejonie znajdował się dany podatnik, wsiadł w samochód i pojechał go odwiedzić (o ile petent nie dostał wezwania do stawienia się w US). Czyli koszty Państwa, to ponad normę tylko koszty “kilometrówki” – którą zapewne też obciążono podatnika.

No i najważniejsze pytanie: Kiedy w tym kraju będzie dobrze?

Wtedy kiedy ludzie naucza się, że nie są trzodą chlewną. Do wyborów nie idzie się po to, żeby wybrać mniejsze zło, wypełnić obowiązek, dokuczyć sąsiadowi, albo mieć błogosławieństwo innych do narzekania na swój wybór (bo kto nie głosuje, ten podobno nie powinien narzekać). Idzie się po to, żeby wybrać swoich przedstawicieli, których zasranym obowiązkiem jest działać tak, bym nam żyło się lepiej. Jeśli przez 20 lat, stale ci sami ludzie się nie sprawdzają, a system który wprowadzili nie pozwala na wybicie się innym lepszym, to trzeba ich przepędzić i uwolnić się od  okupanta. Czyli pod Sejm z taczkami i wywieźć to towarzystwo. W końcu to my tu rządzimy. No można też wyjechać do innego kraju, ale to tchórzostwo i głupota uciekać ze swojej ojczyzny. Pobłażliwość, przytakiwanie, przyzwolenie, popieranie decyzji tych zdrajców, a następnie łamanie praw które ustalili, źle świadczy tylko o narodzie, a nie o władzy czy urzędnikach. Trzeba wpływać na tworzenie, a nie mieć wszystko w dupie, do momentu kiedy głupota innych nas nie ubodzie.

18 Wheels of Steel: Extreme Trucker

Nie wiem dlaczego od lat łudzę się, ze tej firmie uda się zrobić porządną grę. Nie wiem dlaczego zdarzają się tacy, którzy twierdzą, że w to da sie grać dłużej niż przez pół godziny łącznie. Nie wiem dlaczego żadna firma która ma pojęcie o tworzeniu gier nie wzięła się za symulator ciężarówki.

Nazywanie tego wynalazku symulatorem już podpada pod bluźnierstwo. Żadna z pozycji wydawanych przez SCS Software nie udostępniała fizyki jazdy chociaż zbliżonej do tego co jest na prawdę w ciężarówce. Przecież nawet dziecko zdaje sobie sprawę z pewnych zasad fizyki. Np., ze obciążony 20-toma tonami zestaw jedzie wolniej niż sam ciągnik siodłowy. Że jak się to zostawi na pochyłości to się stoczy. Że przy długich zjazdach hamulce nie wytrzymają i trzeba hamować silnikiem. Dzieci to wiedzą – programiści od SCS Software nie. Każdy ich tytuł to jedna wielka encyklopedia błędów w której niektóre poprawiają a inne dodają.

Dysponując chwilą czasu w święta wziąłem sobie zassałem najnowszą wersję. Nie żebym za to płacił. No na prawdę, gdybym wybulił za to gówno 40 zł, to osobiście pofatygowałbym się z tym krążkiem do producenta, włożył mu go w usta, i silnym uderzeniem ręki wbił do środka.

Tym razem jeździ się niby po drogach Kanady, Australii i Ameryki Południowej. Liczyłem na obszerną sieć dróg, na rozbudowane skrzyżowania… są w sumie 3 drogi, każda na innym kontynencie. Jeździ się po nich w kółko. W dodatku 150 mil przebywam w czasie krótszym niż 4 km dystans do pracy w świecie realnym. Brakuje miast, są tylko zajazdy. W tej wersji gra polega na tym, żeby sobie wybrać zlecenie (jedno z dwóch), dać gaz do dechy i wymijając samochody dojechać jak najszybciej do celu. Znaleźć strzałkę i zaparkować mniej więcej tak, aby wskazywała na siodło ciągnika. Potem dać Enter i załatwione. Żadnej fabuły, tylko zbijać punkty.

Jak już wspomniałem, prawa fizyki nie istnieją. Samochód jedzie tak samo po lodzie, asfalcie i po szutrze. Nawet odgłos toczenia kół się nie zmienia. Ciężarówek znalazłem cztery – może jest ich więcej bo nie wytrzymałem do końca. Kabiny nie są “żywe”. Działa tylko zestaw wskaźników i kontrolki.

Zero interakcji z otoczeniem. Wystarczy wjechać niechcący na trawę, żeby uszkodzić ładunek. Samochód zderza się z przedmiotami stojącymi 3 metry od niego. Deszcz pojawia sie i znika, nie wpływając na trakcję pojazdu.

Ameryka Południowa wymaga dość dużej precyzji. Wszyscy kierowcy jeżdżą jak stereotypowe blondynki, wbijając się nam w przyczepę, albo waląc z całym impetem w naszą ciężarówkę. Sterowanie nie nadaje się dla klawiatury – za dużo przycisków trzeba wciskać. Do tego gra się tnie (jak każda z tej serii), a ciężarówka prowadzi się jak statek rejsowy.

Grafika i dźwięki to w tym momencie najmniejszy problem, ale dodam, że przypominają co najwyżej produkcje z 2003 roku.

Wydanie czegoś takiego w 2009 roku to wstyd i hańba. To już misje transportowe z GTA SA oferują więcej realizmu. Nie polecam! Tylko strata czasu na pobieranie torrentów.

wtorek, 28 grudnia 2010

Fachowiec “po znajomości”

Sobota godzina 16:00. Słychać domofon, podnoszę słuchawkę.

- siema Paweł, możesz zejść?

No, OK. Schodzę. Już przez okno w drzwiach widzę kolegę Tomka. Kolega mechanik, ziomek, kumpel – znamy się od lat, ale jakieś pół roku już go u siebie nie widziałem. Strzałeczka, co tam slychać…

- ty, ty ponoć się grafiką coś tam zajmujesz…

- no coś tam robię.

- bo wiesz, bo miałbym sprawę. Z żoną robimy taką rocznicę ślubu. Wiesz, już piąta. Chciałem trochę przyszaleć, wynajęliśmy salę… no i trzeba by nam zaproszenia porobić.

- yyy… no dobra, spoko.

- nic szczególnego. Podeślę ci nasze zdjęcia, jakieś materiały żebyś się wzorował, powiem jaki format. Sam bym zrobił, ale się nie znam na tym, a tobie to pewnie 10 minut.

- OK, to wpadnij z tym do mnie, tylko najważniejsze – na kiedy to chcesz. Bo u mnie z czasem to nie za bardzo. Wiesz, robota tu, firma, jeszcze tam jakieś cuda. Raczej dopiero weekend.

- nie ma sprawy. W przyszły weekend ci podrzucam!

- spoko, czekam.

Mija tydzień, mija weekend, nic. Tomek się rozmyślił – pomyślałem. Myliłem się. Wtorek, domofon, otwieram, wchodzi.

- e no miałeś być w weekend!

- sorry stary nie miałem czasu. Ale mam to dla ciebie. Masz tu fotki, podobne zaproszenia, o tu takie pierdolniczki walniesz, wiesz – ładną czcionką zapraszamy, formacik taki jak ten.

- ehh… no dobra.

- tylko do piątku max.

- kurwa, mówiłem, że nie mam czasu na tygodniu!

- weź, proszę cię!!! Jesteś ostatnią szansą moją, bo inaczej będzie bez zaproszeń a to lipa. Mam na sobotę umówionego kolesia z drukarni. Jak nie pomożesz to leżymy.

- no dobra spróbuję, ale nie obiecuję.

- ale nie, powiedz, ze przyrzekasz. Na swoją matkę. Przyrzeknij, ja muszę to mieć.

- nie wkurwiaj mnie! Postaram się, ale na 100% nie obiecuję. Mówiłem – WEEKEND!

- no dobra to ja czekam, narka.

Wtorkowy wieczór mija pod znakiem klecenia. Konsultacje ze wspólnikiem na temat doboru kolorów, czcionki. Wygospodarowany czas na to w środę. Środa wieczór – gotowe. Wrzucam próbkę na FTP i posyłam link na Gadu-Gadu. Dopisuję – daj znać czy wszystko OK.

Żadnej odpowiedzi przez czwartek, piątek. Wieczorem zasiadam nad innym zleceniem, odzywa się GG.

- no widziałem, nawet nie złe, ale żonie nie pasuje. Daj tu taki kwiatek, tu takie serduszko, podrzuć cienie.

- stary to będzie chujnia jak nieszczęście…

- oj weź. Ja wiem, że to słabo wyjdzie, ale jak Kasia się uprze to wiesz… Zresztą znasz się na tym, zrobisz to dobrze.

- dobra, jutro się za to wezmę.

- nieeeee. Jutro w południe jadę to do druku dać. Zrób mi to jeszcze dzisiaj.

- [zgrzytnięcie zębami] dobra.

Wieczór poświęcam na naniesienie poprawek, godzina 2:00 podsyłam na FTP. Rano uruchamiam GG i tam widzę:

- no dużo lepiej, Kasia prawie zachwycona. Tylko tło daj na różowo.

Zaproszenie już wygląda kiczowato, ale niech mają i spadają. Poprawiam, odsyłam.

- dzięki. Jedziemy do druku. Nie wiem jak ja ci się odwdzięczę.

Najlepiej biletami NBP, ale przecież tak nie powiem, bo się obrazi, w końcu kumpel itp…

- wystarczy, że jak się komuś spodoba i ktoś się spyta kto to robił, to wskażesz na mnie…

- hehe, ale wiesz, to nie sam robiłeś. I ja i moja Kasia się dołożyliśmy intelektualnie do projektu. Hehe. No ale dobra, mogę tak mówić, nara.

Kiedy już myślałem, że to koniec, nagle ok. 15:00 telefon:

- ratunku, stary ratuj!!! Się okazało, ze format jest zły. No bo ten kolo co nam drukuje to ani papieru nie ma, ani nic takiego. Ma tylko w takim formaice… jak on się nazywa? A – A5. Weź to przerób.

- no dobre sobie. To praktycznie od nowa trzeba zrobić.

- nie przesadzaj. Co to dla ciebie.

- ehh… OK.

- tylko szybko. I jak skończysz, to podeślij na adres fikcyjna.drukarnia@onet.pl.

- dobra.

Poprawiam, zapisuję wysyłam. SMS do kolegi, że poszło. On odpisuje, ze dzięki. Po tym definitywnie kontakt się urywa. Przynajmniej na kilka dni.

Wracam sobie do domu, przejeżdżając obok jego posiadłości. Patrzę, trawę kosi. Machnięcie ręką na powitanie, ale nie… zatrzymam się, zapytam jak tam ta rocznica i zobaczę jak moje zaproszenia wyglądają. Zatrzymuję, wysiadam, siemka, przechodzę do rzeczy, prowadzi mnie do środka. Wyciąga z barku papierową torebkę, wewnątrz zaproszenia, pokazuje pierwsze lepsze.

- ty, przecież to nie moje…

- no bo to twoje nie doszło. Wzięliśmy pierwsze lepsze szablonowe, zapłaciłem 50 zł za projekt i druk. Znaczy druk za darmo zrobił bo to kumpel. Potem jeszcze całą noc wypisywaliśmy.

- ale to jakiś badziew. Każdy ma takie samo.

- twoje było niby lepsze, ale co poradzę? Czas nas gonił, a to nie doszło.

- no szkoda…

Zbieram sie, wychodzę, nawet nie specjalnie interesuje mnie, dlaczego mnie kumpel na tę rocznicę nie zaprosił. Pewnie nie miał miejsca, a zapewne i tak bym nie przyszedł – więc bez różnicy... jemu.

Kilka tygodni później, mój samochód w czasie jazdy kaszlnął, zadymił, mrugnął kontrolkami i nie chciał jechać szybciej niż Ursus z przyczepą. Szybko mu przeszło, ale samo zjawisko ciekawe. Hmm… od czego ma sie kumpla mechanika. Telefon:

- siema Tomek. Coś mi z furą odjebało. Wpadłbym do ciebie, rzuciłbyś na to okiem?

- o stary… czasu nie styka…

- ale tylko błędy sczytać. On w sumie już się sam naprawił, ale wolę wiedzieć co to było.

- no dobra. Przyszły kwartał może być?

- a nie da się wcześniej?

- hmm… czekaj… za trzy tygodnie?

- hmm… no dobra.

Bliżej ustalonego terminu dzwonię po szczegóły.

- w tym tygodniu jednak nie dam rady. Za tydzień w środę może być?

- o której dokładnie.

- o 14:00 mi pasuje.

- ale wtedy pracuję przecież.

- no to ja mam sprawę czy ty?

- no dobra, zwolnię się wcześniej. To do środy.

Środa godzina 14:00. U Tomka zakład zamknięty, ani żywej duszy. Dzwonię do domu, otwiera Kaśka.

- cześć Kaśka, gdzie ten twój mąż?

- nie ma go. Gdzieś pojechał po jakieś narzędzia.

- a kiedy będzie?

- dzisiaj to już raczej nie. Chyba, ze wieczorem późnym. Rano wyjechał i cały dzień ma go nie być.

Wyciągam telefon, dzwonię – abonent poza zasięgiem lub ma wyłączony telefon. I tak cały dzień. Dopiero na drugi dzień odbiera i jak by nic…

- co tam?

- no co ty odpierdalasz? Chyba umówieni byliśmy.

- nie pasowało mi.

- to już nie łaska zadzwonić i odwołać?

- nie miałem głowy do tego.

- ja się kurwa z pracy zwalniam, przyjeżdżam, a ciebie nie ma.

- …

- to kiedy teraz?

- może w sobotę…

- dobra, to do soboty.

Sobota, wjeżdżam pod zakład. Na szczęście jest.

- ty poczekaj chwilę, bo kolesiowi rozrząd robię.

Mija godzina, dwie, trzy… Rozrząd zrobiony, koleś odjeżdża.

- no to dawaj tego swojego.

Podjeżdżam, podpina jakieś kabelki (pozostawiając długą i głęboką rysę na tunelu środkowym po nieudanym podważeniu klapki zasłaniającej interfejs komputera), sczytuje…

- nic tu nie ma.

- no to co sie mogło stać?

- nie wiem, jak jeździ normalnie, to co ja ci poradzę. Może zimny był, albo się zapowietrzył… mogę ci sprawdzić układ zasilania, ale to już nie dzisiaj, bo zaraz na grilla jedziemy.

- no trudno…

- 50 złotych.

- co? Przecież nic nie zrobiłeś…

- jak nic… 5 dych, to normalna stawka za sczytanie błędów. I tak mam tanio, bo w ASO by cię na 70 zł skroili.

Tja kurwa… może i skroili, ale nie porysowaliby śrubokrętem wnętrza, nie ujebali welurowej tapicerki łapą w smarach, nie musiałbym czekać miesiąc na podpięcie przewodu i zwalniać się z roboty. Ale tego się na głos nie powie, bo to kolega. Jeszcze się obrazi. Bo przecież on jest mechanikiem, człowiekiem coś robiącym i coś umiejącym. Jemu należy się szacunek, a kumpel mechanik to skarb. Ja jako grafik, to właściwie nic nie robię, bo co to za zawód?! Kilka razy kreskę machnąć w Photoshopie? No bez jaj. Każdy by to umiał, tylko nie każdemu się chce.

Kto ma tak samo, niech ustawi wirtualnego znicza [*] w widocznym miejscu Puszczam oczko Z kumplami jak i z rodziną, najlepiej na zdjęciach.

Błędy przy wypełnianiu zeznania PIT-37 cz. 2

Po części teoretycznej czas na konkrety. Zacząć należy od tego, że na każdym zeznaniu jest informacja o tym, że zeznanie powinno być wypełnione komputerowo lub ręcznie, dużymi drukowanymi literami, czarnym lub niebieskim kolorem. Osoba wprowadzająca musi być pewna tego co wpisuje, a nie zgadywać. Im dłużej się zastanawia, tym dłużej wprowadza i tym dłuższy sumaryczny czas oczekiwania na wypłatę wykazanej nadpłaty. Jeśli nie jest w stanie odczytać ani wyliczyć wpisanej wartości, to po prostu przekaże dokument do DP-I i osoba bazgrząca jak kura pazurem, będzie musiała się pofatygować osobiście w celu rozszyfrowania wartości. Sporym utrudnieniem jest też składanie zeznań na nieaktualnych formularzach.  Zasadniczo tak złożone zeznanie nie powinno zostać przyjęte (po to są nowe druki za darmo, żeby nie składać na tych 5-cio letnich), ale ze względu na limity czasowe, przymyka się na to oko. Wprowadzenie takiego dokumentu, które związane jest z konwersją pól, trwa 4-5 razy dłużej niż tego złożonego na normalnym druku. Kolejną upierdliwością jest wpisywanie zer we wszystkie pozycje w które nie ma się czego wprowadzić. Nie jest to absolutnie konieczne, a zmniejsza tylko czytelność dokumentu. Oczywiście jeśli przychód minus koszty = zero, to to zero wpisujemy. Ale jeśli nie mieliśmy  przychodu, to zamiast w całym wierszu wpisywać 0,00, lepiej pozostawić te pola puste.

Pozycja 1 i 2. Tu należy zadbać, żeby NIP był poprawny. Wiele osób posługuje się NIP-em swojego małżonka, dziecka, czy nawet płatnika, w ogóle nie zdając sobie z tego sprawy. O ile jeszcze w przypadku składania zeznania nie jest to problemem, o tyle w przypadku innych czynności można narobić sobie kłopotów. Jeśli w zeznaniu jest prawidłowy PESEL oraz imię i nazwisko, to osoba wprowadzająca sobie z tym poradzi. Zmieni na prawidłowy NIP i nie będzie nękał podatnika. Utrudnieniem jest też nie podawanie numeru NIP małżonka. Podatnik z lenistwa to pomija, uważając, że pracownik US i tak znajdzie NIP jeśli przeczyta dane małżonka. Tymczasem dokumenty wprowadzane są prawie maszynowo i nikt na to nie patrzy. Wprowadzany jest jeden NIP, zapisywany i następnie reszta zeznania. Że jest błąd okazuje sie dopiero po walidacji, a na tym etapie nie ma już możliwości podania numeru NIP małżonka. Dokument trzeba anulować (dlaczego anulować, opisałem w części pierwszej wpisu). To kolejna strata czasu. Należy też sprawdzić zgodność podawanych danych adresowych z tym co jest w systemie. W przypadku niezgodności, podatnik proszony jest o wyjaśnienie i ew. korektę. Zeznanie z takim błędem, może też nie zostać przyjęte przez pracownika US.

Pozycja 6, 7 i 8. To pozycje nagminnie pomijane. Nikt nikogo z tego powodu wzywał nie będzie, ale osoba wprowadzająca musi przeanalizować dokument aby stwierdzić, którą pozycję wpisać do systemu. Nie jest to trudne, ale jest dodatkową stratą czasu.

Pozycja 10. Tego praktycznie nikt nie wpisuje. Domyślnie wstawia się tam 1 (jeśli jest korekta, to system wywali komunikat, że zeznanie jest już w systemie). Może się zdarzyć, że korekta zostanie wprowadzona wcześniej niż korygowane zeznanie. W przypadku, gdy na obu pozycja nr 10 nie została zaznaczona, a cel złożenia korekty nie opisany, konieczne będzie wezwanie podajnika w celu udzielanie wyjaśnień.

Należności ze stosunku: poz. 39, 40, 41, 42, 43. Tu są przeważnie błędy rachunkowe, albo wynikające ze złego przepisania pozycji z PIT-11. Problemy z kosztami uzyskania zwykle rozwiązywane są w ramach urzędu bez fatygowania podatnika. Jednak zdarza się, ze osoby leniwe pomijają np. wyliczony dochód i wtedy może się to skończyć wezwaniem. Drobne błędy rachunkowe są korygowane przez pracowników US – chyba, ze coś się nie zgadza w dalszej części. To samo dotyczy wierszy: Emerytury, Działalności wykonywanej osobiście, Prawa autorskie i Inne źródła.

RAZEM: poz. 62, 63, 64, 65. Tutaj często brakuje tej sumy. Nie jest to błąd krytyczny, ale w przypadku gdy przychodów było wiele, osoba wprowadzająca musi marnować czas na wyliczenie sumy. Spotykany jest też błąd polegający na tym, że w pozycjach 89, 90, 91, 92 (RAZEM małżonka) wpisywana jest suma z przychodów i podatnika, i jego małżonka. Jest to błąd. Te pozycje są tylko sumą przychodów jednego z małżonków, a nie obojga. Nikt z tego powodu wzywał nikogo nie będzie.

Pozycja 95. Tutaj bardzo często, omyłkowo wpisywana jest wartość z pozycji 93 lub 97. Tu warto dodać, że w zeznaniach często brakuje właśnie prawidłowo wyliczonej kwoty w pozycji 97. Korekty wykonywane są przez pracownika US.

Pozycje 105 i 106. Bez tych pozycji, prawdopodobnie zeznanie nie zostanie przyjęte. Jeśli jednak ktoś je przyjmie, to zwykle zostaną one wprowadzone przez osobę zajmującą się wprowadzaniem zeznań do systemu. Jeśli chodzi o pozycję 106  to wartość często jest albo źle zaokrąglona (np. 1064,46 zaokrągla się do 1065) albo podana jest bez zaokrąglania.

Pozycja 107. Tutaj zależnie od pracownika. Jeśli brak jest tej pozycji to część tego w ogóle nie przyjmie, część dojdzie do wniosku, że to błąd i każe wezwać, a jeszcze inni sami wyliczą tę kwotę. Podobnie z korektą źle wpisanej wartości. Jeśli skutkiem tego błędu są kolejne błędy – podatnik zostanie wezwany. Jeśli to tylko literówka – błąd zostanie poprawiony przez osobę nanoszącą zeznanie.

Pozycja 109. Przeważnie jest kopią pozycji 107 i zwykle nikomu jej się nie chce wpisywać. Zostanie przepisana bez zgrzytów przez osobą wprowadzającą.

Pozycja 110. Nagminny błąd, wynika z problemów z czytaniem ze zrozumieniem. Kwota tej pozycji nie powinna przekraczać tej z pozycji 109. Tymczasem większość podaje kwotę 109 np. 900 zł, a w 110 wpisuje 1100 zł. To błąd kosmetyczny i poprawiany w ramach urzędu, ale kosztuje dodatkowe minuty w skali jednego dnia (wprowadzający klepiąc 160 znaków z zeznania na minutę się nad tym nie zastanawia. Dopiero walidacja wskazuje na błąd).

Pozycje 122 i 123. Te pozycje są krytyczne. Jeśli faktyczna wartość jest różna o 8 zł i więcej od wartości wpisanej, wtedy na 100% zakończy się to wezwaniem podatnika. Podatnik będzie też wezwany, jeśli kwota nadpłaty wyniesie więcej niż 5 000 zł.

Wniosek o przekazanie 1% na rzecz OPP. Tu ważny jest głównie KRS i suma jaką się przekazuje. W przypadku błędnego KRS, numer ten może zostać skorygowany w oparciu o prawidłowo wypełnioną pozycję 124. Jednak jeśli nie zgadza się kwota (a jest wyliczana z różnych najdziwniejszych rzeczy, ograniczonych tylko fantazją podatnika) podatnik zostanie poproszony o wyjaśnienie. Przekazywanie tego jednego procenta jest też o tyle niewdzięczne, że zeznania z OPP są wprowadzane przez konkretne osoby z działu, co w wielu przypadkach może przedłużyć procedury.

Pozycja 127. Tutaj należy podać informacje na temat tego, w jaki sposób ma zostać przekazana nadpłata, oraz numer telefonu podatnika składającego zeznanie. O te informacje będzie poproszony każdy kto usiłuje złożyć zeznanie. Pierwsza informacja nie jest szczególnie istotna. Pieniądze domyślnie przelewane są na obecny w bazie numer konta. Jeśli numeru konta nie ma, to idą przekazem pocztowym. Najważniejsze, to jeśli ktoś chce odebrać pieniądze w kasie urzędu. Wtedy musi to wyraźnie zaznaczyć (wystarczy napisać KASA). Warto wiedzieć, ze poczta pobiera prowizję, więc wybór nośnika jest szczególnie ważny w przypadku małych kwot. Numer telefonu jest potrzebny w momencie kiedy zachodzi potrzeba wezwania podatnika lub poproszenia go o dodatkowe wyjaśnienia. Jeśli ktoś nie chce podać numeru telefonu, nie będzie mógł złożyć zeznania.

Informacje o załącznikach, poz. 130, 131, 132, 133 i 134. Tu informacje w większości przypadków nie są podawane. Podatnik myśli, że urzędnik widząc załącznik będzie wiedział, że został on dołączony. To jest błąd. Osoba wprowadzająca jest od wprowadzania, a nie od myślenia. Ona wklepuje to co widzi na kartce. Jeśli nie ma krzyżyka – to go nie zaznaczy. Wywali błąd przy walidacji i zmarnuje chwilę czasu na jego poprawienie.

Pozycje 138 i 139. To kolejne pozycje krytyczne, bez których zeznanie nawet nie zostanie przyjęte. Jeśli osoba przyjmująca z jakichś powodów to pominie, US będzie wzywał w celu złożenia podpisów.

Na koniec, warto jeszcze coś dodać na temat PIT/O i odpisu na dzieci. Poza oczywistościami analogicznymi z opisem PIT-37, warto pamiętać o kilku sprawach:

- w części E (Informacja o dzieciach wykazanych w pozycji 34) w miejscu gdzie wpisuje się dane identyfikacyjne dziecka, należy podać ALBO numer PESEL dziecka, albo pełne dane - IMIĘ, NAZWISKO, DATA URODZENIA. Wskazane jest podawanie numeru PESEL bo szybciej się go wpisuje. PESEL + dane to strata czasu i tuszu w długopisie. Jeżeli nie ma PESEL-u i brakuje pełnych danych dziecka, o ile nie da się odnaleźć dziecka w bazie, podatnik zostanie wezwany do ich uzupełnienia.

- większość osób pomija pola wyboru miesięcy za które przysługuje odliczenie. Powinny być one wypełnione. Tu kosmetyka – zamiast zaznaczać 12 ptaszków, lepiej zaznaczyć jeden “cały rok”. Jeśli brak jest jakichkolwiek zaznaczeń, osoba wprowadzająca wybierze odliczenie całego roku.

- pamiętajcie o limitach! Jeśli ktoś ma podatku 500 zł, a siedmioro dzieci, to nie musi wpisywać ich wszystkich i marnować 2 druków. Wystarczy, ze wpisze jedno dziecko, na które przysługuje odliczenie, a którego suma odliczenia przekroczy kwotę podatku. Jeśli podatku jest 1 500 zł, to dwoje dzieci itd.

Błędy przy wypełnianiu zeznania PIT-37 cz. 1

Temat będzie obszerny. Co roku w okolicach stycznia media starają się informować o najczęściej popełnianych błędach przy wypełnianiu zeznań PIT-37. Informacje te są jednak w formie pobieżnej i przeważnie oczywiste. Przez ponad rok pracy w US spotkałem się z wieloma zeznaniami błędnie wypełnionymi. Powiem krótko – to jest masakra. I nawet nie chodzi o błędy rachunkowe, bo tych jest mniejszość. Podstawowe błędy to jakieś bzdety których można było uniknąć przy choćby próbach jakiegokolwiek myślenia nad tym co się robi. W dalszej części postaram się opisać większość popełnianych błędów. Z czego wynikają i czym grożą.

Opierał będę się na druku obowiązującym w 2010 roku – czyli wersji 14. Być może w 2011 wersja będzie ta sama (taka była w 2009), a nawet jeśli nie, to zawsze można sobie przekonwertować konkretne pozycje.

Trochę teorii

Na początek – co dzieje się z waszym zeznaniem. Zeznanie złożyć można za pośrednictwem poczty, elektronicznie lub osobiście, w siedzibie odpowiedniego Urzędu Skarbowego. Wersje elektroniczne, to na razie egzotyka. Zdecydowana większość, to zeznania złożone osobiście lub przysłane pocztą. W momencie składania zeznania, dokument jest wstępnie weryfikowany przez osobę przyjmującą. Sprawdzane są podstawowe dane – czy wprowadzone są numery NIP, forma rozliczenia, czy są pozycje obowiązkowe, czy są podpisy podatników. Czasem sprawdzana jest zgodność adresu podanego na zeznaniu z adresem obecnym w bazie danych lub prosi się o podanie dodatkowych informacji. Jeśli wszystko jest OK, przybijana jest pieczątka z datą przyjęcia. Od tej pory, w ciągu 3 miesięcy musi być wypłacona nadpłata podatnikowi.

Zeznanie następnie trafia do WDI “Dział ewidencji, identyfikacji i bezpośredniej obsługi podatników oraz wprowadzania danych”. Tam zostaje wprowadzone do systemu oraz sprawdzone pod kątem błędów rachunkowych oraz innych błędów uniemożliwiających przekazanie dokumentu do księgowości. Jeśli dokument jest poprawny, przekazany zostaje do Księgowości. Jeśli natomiast są błędy, dokument przekazywany jest do działu DP-I “Dział podatku dochodowego od osób fizycznych”.

Odpowiednie osoby z DP-I (przypisane do konkretnych pierwszych liter z nazwisk podatnika) starają się wyjaśnić błędy znalezione w zeznaniu. Czasem jest to załatwiane telefonicznie, a czasem zachodzi konieczność osobistego stawiennictwa sie danej osoby w Urzędzie. Po wyjaśnieniu sprawy, zeznanie przekazywane jest do Księgowości.

Ta jeśli nie dopatrzy się żadnych problemów (które mogli przeoczyć ci z DP-I albo WDI) wykonuje dyspozycję pieniężne, a zeznanie trafia do archiwum.

Po odleżeniu swojego przez chyba 5 lat, wszystkie zeznania trafiają do utylizacji. Przeważnie zeznania poddawane są recyklingowi i nowym produktem jest… papier toaletowy. Dość kiepski, ale jest Uśmiech

Waga błędów

Błędy można podzielić na kilka kategorii:

  • proste pomyłki, które mogą zostać skorygowane przez osobę zajmującą sie wprowadzaniem dokumentu do systemu. Podatnik nie jest wtedy wzywany, ale procedura korygująca przedłuża czas wprowadzania. To właśnie m.in. dlatego ktoś kto złożył 1 lutego, otrzymał zwrot już 20 lutego, a ten co złożył 5 lutego, musiał czekać do kwietnia. Ten drugi miał pecha i trafił na kilkaset zeznań z drobnymi błędami, które trzeba było poprawić, zanim ktoś wprowadził jego zeznanie.
  • istotne pomyłki, przez które dane zeznanie zostanie odrzucone już w momencie jego składania. “Pani z okienka” poprosi wtedy o korektę zeznania lub o ponowne jego wypełnienie.
  • istotne pomyłki wynikłe w czasie wprowadzania. Podatnik będzie musiał tłumaczyć się telefonicznie lub osobiście. Wiąże się to z wizytą w US i wydłużeniem czasu zwrotu nadpłaty.

Dodatkowo do Urzędu zostanie wezwany każdy, komu suma nadpłaty (poz. 123) przekroczyła 5 000 zł.

Poltax

Tu warto jeszcze omówić zasadę wprowadzania danych, tak aby każdy kto to czyta, wiedział dlaczego problemem jest to, że ktoś np. nie poda numeru NIP małżonka w pozycji 2.

Zeznanie wprowadza się w dwóch oknach, gdzie do drugiego przejść można dopiero po wypełnieniu pierwszego. Okno pierwsze (obecnie w użytku jest nowsza wersja interfejsu, która już nie przypomina ustawień w BIOS-ie, jednak zasady są mniej więcej te same):

poltax1

Szare komórki to te, do których wprowadza się dane. Zamazałem tą część, przez którą złamałbym tajemnicę skarbową, lub ustawę o ochronie danych osobowych.

Jak widać okno dzieli się na dwie części: “Identyfikacja dokumentu” i “Dokument”. Przejście do drugiej części, możliwe jest po prawidłowym wypełnieniu numerami NIP podmiotu głównego (poz. 1) i podmiotu związanego (poz. 2). Wcześniej oczywiście należy wypełnić dane formularza: kod, rok, okres, wariant i wersję – to jednak dane jednorazowe. Przejście z części drugiej, z powrotem do części pierwszej nie jest możliwe. Wymaga anulowania wprowadzania i rozpoczęcia procedury od początku.

W części drugiej wpisuje się datę złożenia i wpływu (jeśli przychodzi pocztą, to daty są różne – standardowo data wpływu jest kopiowana automatycznie z daty złożenia) oraz kwotę dokumentu – czyli nadpłatę lub do zapłaty (poz. 122 lub 123). Po zaakceptowaniu tych danych, nadawany jest numer dokumentu i tu już nie ma odwrotu. Jeśli w tym momencie okaże się, że coś jest nie tak z numerem NIP, dokument musi zostać anulowany. Zwykły pracownik WDI nie ma przeważnie uprawnień do opcji anulowania, wiec musi przekazać dokument komuś o wyższych kompetencjach.

Po nadaniu numeru dokumentu, system przechodzi na okno drugie:

poltax2

Tutaj wprowadza się z dane z dokumentu. Wprowadza się numer oraz wartość. Należy wprowadzić pozycje obowiązkowe (poz. 6, 10, 97, 105, 106, 109, 116, 120 i 122 lub 123) oraz wszelkie inne pozycje w których podatnik coś wpisał, a także te które są konieczne z punktu widzenia obliczeń rachunkowych (np. suma w poz. 62 jeżeli nikt jej tam nie wpisał). Po wprowadzeniu dane są zapisywane i walidowane. Walidacja zwraca komunikat poprawny, lub błędny. Komunikat poprawny = przekazanie do księgowości. Komunikat błędny (tak jak tutaj) = próba rozwiązania problemu. W tym konkretnym przypadku, problem dotyczył zawyżonych kosztów uzyskania przychodu. W związku z tym, ze jest to poz. 40 (stosunek pracy), a wartość jest praktycznie dwa razy większa, wskazuje to na przychód z więcej niż jednego stosunku pracy (w pozycji 39 wprowadza sie sumę dochodów, więc nic ona nie mówi z ilu stosunków została uzyskana). W tej sytuacji jeszcze na poziomie WDI sprawdza się PIT–11 podatnika. Jeśli go nie ma – sprawdza się PIT-37 z lat ubiegłych (jeśli zapis jest analogiczny i status poprawny, to znaczy że wszystko jest OK). Jeśli i to nic nie da, zeznanie przekazuje się do DP-I i podatnik jest wzywany w celu złożenia wyjaśnień.

To tyle z teorii. W kolejnym wpisie, rozpocznę omawianie popełnianych błędów.

piątek, 24 grudnia 2010

Nie kupujcie po 14:00?

Przed hipermarketami pewne grupy osób lobbują do nie wykonywania zakupów po godzinie 14:00. Ma to zmobilizować pracodawców do skrócenia godzin pracy w tym dniu.

Za każdym razem zastanawiam się, dlaczego w ogóle idzie się w Wigilię do pracy? Ktoś może powiedzieć, że nie jesteśmy państwem wyznaniowym i nikogo nie obchodzą jakieś katolickie obrzędy. Że każdy dzień wolny jest szkodliwy dla gospodarki – i oczywiście będzie miał rację. Jednak w świetle faktów, że rząd robi wolne w “Trzech Króli”, nasuwa się pytanie: dlaczego Trzech Króli, a nie Wigilia?

Święto Objawienia Pańskiego wypadające 6 stycznia, jest świętem, które zasadniczo ma w dupie ok. 55% z ok. 95% osób stanowiących odsetek społeczeństwa zdeklarowanych jako Chrześcijanie. Nikt go nie obchodzi, a jeśli nawet, to co najwyżej idzie się wtedy odfajczyć tę godzinę w kościele, odpali kadzidełko i napisze K+M+B na drzwiach wejściowych. Dzień jak co dzień, święto jak święto. Jeśli chodzi o wigilię, to obchodzą ją nawet zagorzali ateiści. Znaczy nie żeby tam post, pasterka czy takie tam. Ale wycałować się z uroczą Panią Krysią w firmie i nawpierdalać karpia na uroczystej kolacji u rodziny to już tak. W ruch też idą maile, prywatne wiadomości na Facebooku i Naszej Klasie, a także telefony komórkowe. W pracy wygląda to tak, że każdy się opierdala, składa sobie życzenia, robi się firmowe “śledziki” i w zdecydowanej większości przypadków idzie się wcześniej do domu. Ten dzień jest jednym z najmniej produktywnych w pracy, bo nawet pomijając ciągłe przestoje spowodowane przemówieniem szefa, życzeniami, śledzikami i oglądaniem jak to Pani Jadzia ładnie choinkę przystroiła, każdy myśli tylko o tym ile go jeszcze tyrania czeka po powrocie do domu przed kolacją wigilijną. Jeśli więc już trzeba dawać jakieś wolne, to zdecydowanie sensowniejszym dniem byłaby ta Wigilia. Wolne w Wigilię ma też dodatkowy plus. I tak każdy kto może, bierze sobie wtedy urlop. Jeśli Wigilia byłaby ustawowo wolna, łatwiej byłoby planować pracę na grudzień, bo nie okazywałoby się, że 24 grudnia, 60% załogi chce wziąć sobie wolne.

Podobnie zresztą sprawa ma się w Sylwestra.

Nie żebym oczekiwał, ze obecny rząd najpierw pomyśli, a potem coś zrobi. Ale może ktoś kiedyś w przyszłości weźmie pod uwagę takie rozwiązanie i zamieni ustawowy dzień wolny z 6 stycznia na 24 grudnia.

niedziela, 19 grudnia 2010

Obłudny Facebook

Uwaga – założyłem tam konto! Tym wszystkim którzy uważają, że piekło zamarzło, że przegrałem zakład albo podpisałem inny cyrograf śpieszę wyjaśnić. Konto jest mi tam niezbędne do promocji firmy w tym serwisie. Żadna tam społeczność, żadne tam komentarzyki, fotografie i inne bzdety. Konto nieco uczłowieczyłem, żeby nie wyglądało na widmo. Dodałem parę kontaktów które wisiały tam już od lat, po tym jak z automatu ktoś mailowo wysłał zapytania na wszystkie adresy które miał na skrzynce. Zostałem poproszony o dodanie do znajomych przez jakąś garstkę osób (już pierwszego dnia – niektórym to się musi nudzić) – zaakceptowałem, bo co mi tam (łatwiej dać akceptację niż tłumaczyć pół godziny znajomym o co chodzi, tym bardziej, że i tak to tłumaczenie go nie przekonuje).

Aż tu przed chwilą, zaproszenie. Od kogo? Od głąba z którym nie odzywam się dobre 5 lat, a z którym poszło o jakąś pierdołę. Nigdy w życiu – odwalam, chociaż wisi mi to konto i równie dobrze mógłbym go zaakceptować. Coś mnie jednak tknęło i postanowiłem sprawdzić ilość jego znajomych. No zgadnijcie, ile ich było? Tak, dobrze strzelacie – prawie 1 000 sztuk. Koleś kolekcjonuje i chociaż od 5 lat nie gadamy ze sobą, chociaż nie podajemy sobie nawet ręki, chociaż jak go mijam na ulicy to mam ochotę wyjebać mu ze łba – ten dodaje mnie do znajomych, licząc, że będę kolejnym figurantem na jego liście. Na NK pewnie konto już usunął po tym jak nie miał tam już co robić dodając jak leci wszystkich kogo popadnie.

Inna sprawa. Przejrzałem konta kilku osób które kojarzę (ach ten feature z “tych możesz znać”), tak z nudów i ciekawości. Zabawne jakie głupoty można wypisywać o samym sobie. Czy ten kraj naprawdę składa się tylko z zakompleksionych jednostek potrafiących jedynie zmywać gary w UK na zmywaku? Osoby które nawet nie dociągnęły do drugiego roku na studiach, wpisują sobie dumnie w wykształceniu “Szkoła wyższa, Politechnika Lubelska” lub jakakolwiek inna uczelnia. Samochody służbowe, z nieudolnie zamalowanymi logo firmowymi w Paincie stają się ich prywatnymi “nabytkami”. Freelanserska działalność bez dochodowa (a w wielu przypadkach przynosząca straty) = prezes własnej firmy, ale o pracy na kasie w Żabce już się nie wspomina. I czym tu szpanować, a co najważniejsze, przed kim?! Przecież każdy kto ich zna, wie co osiągnęli i kim są, a nieznajomych to kompletnie nie obchodzi. Działa to chyba na zasadzie, jak dwie osoby spotykają się w sklepie z odzieżą używaną. Wpadają na siebie, na chwilę zastygają w bezruchu, po czym obydwie uzgadniają: “ja nie widziałem ciebie, a ty nie widziałeś mnie”. Dzięki czemu wzajemnie znają swój sekret, a cała reszta świata nie musi wiedzieć gdzie się ubierają. Albo jak z tymi kręconymi licznikami w używanych samochodach. Sprzedawca wie, że kręcony, ale wciska, ze nie wie, kupujący wie, że kręcony, ale udaje, ze nie wie i że mu to nie przeszkadza. Znajomi kupującego wiedzą, że ten ma kręcony licznik, ale udają, że nie wiedzą i że wcale ich to nie śmieszy. Kupujący też wie, ze jego znajomi wiedzą, ale udaje, ze nie wie.

Tak na marginesie. Prywatnie należę do ludzi, którzy wolą jeździć nie rzucającym się w oczy popularnym samochodem, ale dobrze wyposażonym i z niezłym silnikiem (jednakowoż nie mówię, ze takim jeżdżę, tylko, że bym wolał). Tak, żebym w razie czego mógł na światłach spowodować opadnięcie “kopary” kierowcom ospojlerowanych Mitsubishi Lanserów, które co prawda wyglądają zabójczo, ale ze swoimi 1,3 + LPG mogą co najwyżej pogonić kota kierowcy przegubowego Ikarusa. Ten schemat stosuję na wielu odcinkach. Nie szpanuję tym czego nie mam, a to co mam trzymam jak asa w rękawie. Mina towarzyskiego lansera, który nagle zdaje sobie sprawę, ze akurat okazało się, że nie on jest najmocniejszy – bezcenna. Dziwi mnie, że tak ogromny odsetek ludzi, wybiera drogę pozowania na lepszych niż są i to tak marnymi i łatwymi do obalenia atutami.

Ludzie się nie zmieniają. Zmieniają się tylko portale na których się jeszcze nie lansowali.

piątek, 17 grudnia 2010

Praca co się nie opłaca?

Dość często słychać komentarze pewnych osób, dotyczące stwierdzenia, że praca za XXX zł się komuś nie opłaca. Zwykle są to osoby które w czasach PRL-u zbudowali sobie mocne fundamenty czerpiąc z socjalizmu pełnymi garściami, a kasy dorobili się w latach 90-tych ubiegłego wieku. Nie mogą wyjść ze zdziwienia, jak to się może nie opłacać. Przecież każdy dochód jest lepszy niż jego brak. Za takie podejście winią system socjalny, który pozwala przeżyć bezrobotnym. Bo gdyby nie było np. zasiłków, to każdy pracowałby choćby za tę michę ryżu. W końcu oni dali radę w czasach wiążącej ręce komuny oraz twardego kapitalizmu tuż po niej, a obecnie, ludzie żyjąc w kraju cywilizowanym gdzie z roku na rok jest coraz lepiej, wolą się obijać trzepiąc miliony na zasiłkach niż iść do pracy.

Często też słychać wypowiedzi panów pokroju Janusza Korwina Mikkę – totalnych teoretyków oderwanych od rzeczywistości, starających się lansować różne tezy, że jak ktoś zarabia mniej to może wydać więcej, że płaca minimalna jest niepotrzebna i że np. wyzysk jest OK w dodatku niezbędnie gospodarce potrzebny. O tym jak bardzo ci ludzie nie mają pojęcia o tym co mówią, świadczy wypowiedź jednego z nich. Nie pamiętam nazwiska, jeden z liberałów i kapitalistów, wypowiedź dla telewizji TRWAM. Z tego co powiedział wynika, że wyzysk, to praca za najniższą krajową i że nie jest on zły, bo nawet za najniższą da się wyżyć. W tym momencie śmiechem wybuchają absolwenci uczelni wyższych zamieszkali w Polsce B. Bo najniższa krajowa, na normalnym etacie i w normalnym wymiarze godzinowym to marzenie wielu z nich. Większości do dyspozycji pozostaje jednak jedynie staż za 400-500 zł miesięcznie (a najlepiej żeby być skierowanym z Urzędu Pracy), lub coraz modniejsze ostatnio darmowe praktyki. Zatem pan liberał nie ma pojęcia co to jest wyzysk, co oczywiście nie przeszkadza mu tworzyć jakichś tam swoich teorii – i to jeszcze publicznie.

Odpowiedziałem na ofertę jednej z drukarni Lubelskich, szukających grafika, odpowiedzialnego za tworzenie grafiki wektorowej. Na drugi dzień po wysłaniu CV otrzymałem telefon z propozycją darmowych praktyk na okres 6 miesięcy, a potem się zobaczy. Hmm… praca na warunkach gorszych niż niewolnictwo (jako niewolnik miałbym chociaż dach nad głową i jakieś żarcie, a tu mam odpracować swoje i znikać) może przyjść do głowy ew. pracodawcy i nawet mnie już nie dziwi – w końcu żyjemy gdzie żyjemy i podłość ludzka to nasz sport narodowy. Problem w tym, że spora część moich znajomych jeździ na szmacie, zbierając punkty w jakichś liczących się firmach w branży w ramach darmowych praktyk. Czyli takie oferty to nie jakieś dziwactwo, to nowy standard. Po okresie praktyk dostają oczywiście kopa w dupę, ale z dumą mogą wpisać w CV, że praktykowali w firmie YYY. Nikt się ich nie będzie przecież pytał co naprawdę tam robili i zawsze można poudawać, że nie było się popychłem od zmiatania podłogi, parzenia kawy, noszenia klamotów i mrówczej pracy po godzinach za kogoś komu się akurat tego robić nie chce. Tu jeszcze trzeba odróżnić praktyki studenckie – gdzie student jest kierowany przez swoją uczelnię, od praktyk po studenckich. Na tych pierwszych faktycznie można się czegoś nauczyć, bo pracodawca dostaje kasę i program do zrealizowania. Student jest wpisany w pracę firmy i o ile chce, to może wynieść z tego okresu coś wartościowego (nie tylko to co mu się “do łapy przyklei”). Te drugie to zwykły wyzysk, wynikający z dużego bezrobocia i mylnego pojęcia danej osoby, że te praktyki coś mu dadzą. Praktykant zajmuje się zwykle wykonywaniem najbardziej żmudnej roboty, której nie chce się robić nikomu innemu.

System się wszystkim podoba, lobby pracodawców i przedsiębiorców (na czele których stoją “liberalni myśliciele”) robi co może, żeby legalnie zmusić ludzi do pracowania u nich za darmo. Tej hołocie przyklaskują przygłupi gimnazjaliści i studenci prywatnych uczelni na kierunku programista/informatyk, a także formy pośrednie. To ci wszyscy którzy myślą, ze akurat oni się ustawili bo po studiach to pracodawcy sami rzucą się im do stup oferując astronomiczne wynagrodzenie za prace w fajnym zespole i luksusowych biurach. Część z nich już marudzi na swoich blogach jak to pani w UP nie rozłożyła przed nim czerwonego dywanu (a jak ładna to i nóg), jak to w wyniku zbrodniczych działań UP musiał wstać o ósmej rano i jak to UP działa nieudolnie, bo nie ma nic dla niego poza tragarzem w Biedronce albo telemarketerem. Cała reszta dopiero się o tym przekona i z nowoczesnych liberałów staną się konserwatywnymi socjalistami, wysiadując ławki w kolejkach przed pokojami UP i wyciągając skąd się da zasiłki.

No ale do rzeczy. Zacznijmy od ekstra oferty praktyk w drukarni. Ktoś się będzie dziwił jak mi się to może nie opłacać. Moim zdaniem to prosta matematyka. Jeśli dojazdy do Lublina z Lubartowa, będą mnie kosztować 10,8 zł dziennie, to na samo to pójdzie w ciągu pół roku 1 296 zł. Sam czas dojazdu wynosi 3 godziny + 8 godzin w pracy (nie licząc nadgodzin), daje mi 11 godzin poza domem. Nie ma siły, żebym nic wtedy nie jadł – tym bardziej, że będę wykonywał najbardziej parszywą robotę fizyczną w całej firmie. Jeśli koszty obiadu wyniosą mnie 5 zł (5 zł za jedzenie w Lublinie… dobre, nie?) dziennie, to jest to koszt dodatkowych 600 zł. Czyli to już daje 1 896 zł. Blisko 2 000 zł, które muszę skądś wziąć, tylko po to, żeby pracować. Oczywiście to przy założeniu, ze siedzę cały czas na garnuszku rodziców. Ktoś powie, że zyskuję doświadczenie niezbędne przy lepszej pracy. I ten nie będzie miał racji, bo w praktyce wcale nie wykonuję tego co wykonywać bym się spodziewał. Zamiast doskonalić sztukę tworzenia grafik wektorowych, poznawać obsługę programów do ich tworzenia, ja będę latał jako przynieś, wynieś, pozamiataj – nie uzupełniając w tym czasie swojego portfolio i nie ucząc się niczego nowego. Czyli za te prawie 2 koła, otrzymam jedynie wpis w CV, dzięki któremu gdzieś indziej przyjmą mnie może na kolejne praktyki, albo na kolejny staż – gdzie już będą mi płacić może nawet te 400 zł miesięcznie. Jeszcze miałoby to sens, gdybym miał opłacone ubezpieczenie i miał jakieś gwarancje zatrudnienia po okresie praktyk. Tymczasem większość tego typu osób pracuje na czarno i jak przyjdzie co do czego, to firma się wyprze, że ktokolwiek taki, kiedykolwiek u nich nawet przebywał na obiekcie.

Żeby nie popadać w skrajność. Załóżmy, ze mam pracę normalną na etacie z normalnym wynagrodzeniem. Mniejsza o to jaka to praca. Ambicje na tym odcinku wyciekły za mnie już dawno temu, jak zacząłem z perspektywy praktyka oceniać rynek pracy. Żadna praca nie hańbi, hańbi jedynie wynagrodzenie za nią. Jeśli mi dobrze zapłacą, mogę nawet ciągnąć szambo i wcale się nie będę przejmował zmarnowanym czasem w technikum, na politechnice i kasą wydaną na kursy doszkalające. Jak w starych skeczach “Fachowcy”, kierowca szambiarki będzie do mnie mówił: “magister inżynier – nie teoretyzuj, tylko bierz rurę i wpychaj w otwór. Gówna same się nie wciągną”.

Mniejsza o to. Pracuję w mieście, uniezależniłem się nawet od rodziców. O ile do Lublina jeszcze dojeżdżać się da (chociaż nie jest to wcale łatwe), o tyle w np. Rzeszowie albo innym większym mieście musiałbym osiąść na stałe. Jeśli zamarzy mi się praca w Polsce A, to już w ogóle kicha i sport dla majętnych. Przecież w końcu nie muszę mieszkać przy krajowej 19-tce i wcale nie muszą często tamtędy autobusy jeździć (a tak ma przecież zdecydowana większość). Przeprowadzam się więc do takiego Lublina. Szukam mieszkania i szybko okazuje się, że nawet zapyziała kawalerka 15 metrowa w najbardziej parszywej dzielnicy to 900 zł miesięcznie + opłaty. Szybko więc wybijam sobie z głowy ten durny pomysł mieszkania samemu i szukam czegoś na spółkę ze studentami. Taki pokój kosztuje 400 zł miesięcznie lub jakieś 250-300 zł w pokoju zbiorowym (po 2 lub więcej osób). Oczywiście sam czynsz, bo do tego jeszcze opłaty licznikowe. I tak mam już mieszkanie w którym mieszkam z sześcioma wiecznie pijanymi i codziennie urządzającymi libacje studentami. Nauczyłem już się omijać po ciemku rzygowiny na podłodze, nie przeszkadza mi wieczny fetor przetrawionego alkoholu i leżących od tygodnia rzygów. Zasypiam spokojnie przy dudniącej muzyce i okrzykach współlokatorów, a wywalanie na siłę z mojego pokoju, który pomylił go z łazienką, chcącego właśnie w tym miejscu oddać mocz, narąbanemu do granic nieprzytomności kwiatu polskiej młodzieży wcale nie powoduje już u mnie bezsenności na resztę nocy. Studenci rzadko się myją, rzadko jedzą – więc na wodę i gaz majątku nie wydam. Za to z prądem i ogrzewaniem to już inna bajka. Pracujące 24 godziny na dobę sześć komputerów, z których każdy ściąga bez przerwy pornusy z torrentów, powodują dość znaczne zużycie energii elektrycznej. Do tego przecież każdy musi mieć starą wieżę stereo podpiętą pod kartę muzyczną, żeby w ludzkich warunkach móc słuchać techno przy cowieczornym waleniu gazu. Znałem osoby które mówiły, że muszą płacić nawet 200 zł miesięcznie rachunku za prąd. Optymistycznie założę, że tyle wyniesie mnie woda, prąd, gaz i ogrzewanie. Do tego musze mieć Internet i komórkę – bo obecnie to usługi niezbędne. Niech mnie kosztują one 25 zł miesięcznie. Jedzenie – śniadanie, obiad i kolacja to ok. 10 zł dziennie – tym bardziej, że przynajmniej obiad będę musiał jeść na mieście. Jeśli nie będę mieszkał obok pracy, to jeszcze muszę dojeżdżać MPK – 4,80 zł dziennie. Podsumowując: 400 + 200 + 25 + 300 + 96 = 1 021 zł miesięcznie. Zakładając minimalną krajową 978 zł, to brakuje mi 43 zł (czyli nie opłaca się bo tracę). To przy wariancie samowystarczalnym, bo większość osób bierze przecież darmową wałówkę z domu, a i kieszonkowym od rodziców nie pogardzi. Można też założyć, że w mniejszych miastach, nie akademickich czynsze są niższe, że można wstawać o 3 rano i dojeżdżać, a to wyjdzie może taniej, ale to nadal jest uzależnienie od rodziców. A nawet po zbiciu kosztów, wychodzi się na zero lub na pozostałe życie (poza pracą i wegetowaniem) zostaje symboliczna ilość gotówki. Przy życiu singla i tak musze czasem kupić ubrania, czasem mam wydatki niespodziewane (dentysta np., albo wizyta u okulisty), czasem muszę gdzieś pojechać, czy choćby utrzymać niezbędne konto bankowe.

Więc żyjąc jak kloszard i mieszkając w chlewie – owszem, da się od biedy przeżyć. Ale to jest PRZEŻYĆ, a nie żeby mi sie to opłacało. Bo przeżyć to mogę i na koszt państwa. A życie na najniższym poziomie to nie jest to czego oczekuje ode mnie państwo i społeczeństwo. Aby nie być uważanym za nieudacznika życiowego, powinienem wypełnić następujące punkty z “Vademecum Skauta”:

- wybudować swój dom, albo przynajmniej coś kupić. Od biedy wynajmować, ale tak z minimum 35 metrów. Każdy kto mieszka z rodzicami to maminsynek i niedojda. Oczywiście powinienem wziąć kredyt bo każdy bierze.

- mieć nowy samochód, bo te używane to szrot przez który cierpią wszyscy, a najbardziej środowisko. Komunikacją publiczną jeżdżą tylko uczniowie, bezrobotni i emeryci.

- posiadać żonę oraz minimum 2 dzieci. Wyliczono, ze aby nasz wspaniały system emerytalny sie nie rozpiedolił, każdy musi mieć 1,3 dziecka. Dzieci są niepodzielne, więc trzeba mieć minimum dwoje.

- odkładać z wypłaty co najmniej 100 zł w ramach oszczędności. Na emeryturę… bo te składki które muszę przymusowo płacić to pic na wodę i gówno będę z nich miał.

- powinienem się prawidłowo odżywiać i regularnie przeprowadzać badania lekarskie.

- nie kupować niczego co ma “made in china” napisane,

- uczciwie i skrupulatnie wypłacać państwu haracz od tego, że żyję.

No dobra, ale co jest alternatywą? Z czego żyje człowiek, któremu nie opłaca się skorzystać z danej oferty? Większość wyobraża sobie takiego jako zapuszczonego pijaczka ziejącego przetrawionym alkoholem w poczekalni Urzędu Pracy. Takiego który dostaje zapomogę, natychmiast ją przepija i przez resztę miesiąca wegetuje z renty matki, albo z dobrowolnych datków ofiarowanych przez przypadkowych przechodniów zaczepianych na przestanku autobusowym. Są i tacy. Dla pozostałych jednak, odrzucenie uwłaczającej godności, niewolniczej oferty pracy ma wiele plusów i stwarza nowe możliwości:

- nie muszę marnować ośmiu godzin na tyranie. Przez ten czas mogę się rozejrzeć za robotą dorywczą. Jeśli ktoś nie ma dwóch lewych rąk, to zatrudni się gdziekolwiek na znacznie lepszych niż oferowane przez wyzyskiwaczy warunkach. I tak np. w lecie, skoszenie typowego trawnika jaki występuje na typowej niewielkiej działce pod standardowy domek jednorodzinny to 20 zł – i to korzystając ze sprzętu właściciela. U siebie, ja koszę taki trawnik w 1,5 godziny, kosiarką spalinową, kosz z trawą opróżniając do worków na śmieci. Jeśli ktoś lubi mieć trawę zmieloną i zostawioną (nie pieprzy się z tymi workami i koszami), uwinie się w niecałą godzinę. W sezonie, najbardziej pedantyczni, koszą trawę raz na tydzień, a 20 zł to dla nich nie pieniądz. Bez problemu można znaleźć 4 takie fuchy w ciągu dnia. Wyciąga się 80 zł na rękę (pracując za najniższą krajową mam dniówkę niecałe 50 zł. I to samemu się decyduje czy chce się pracować czy się nie chce. Oczywiście podatków nie odprowadzam, bo po co? Koszenie trawy, zrzucanie opału (o to nieźle płatne nawet), a w zimie odśnieżanie posesji. Jeśli ktoś ma talent do czegokolwiek, to często jest poszukiwany jako złota rączka. Naprawdę można nieźle na tym zarobić, jeśli tylko odrzuci się ambicje absolwenta uczelni wyższej. To ma same plusy! Wzmacnianie tężyzny fizycznej, ruch na świeżym powietrzu, nowe doświadczenia i praktyka. Taki ktoś ma namiastkę prowadzenia własnej firmy, co na pewno wpływa na niego lepiej niż robienie za popychło u jakiegoś pajaca.

- jestem zarejestrowany jako bezrobotny. W związku z tym, że skończyłem jakieś dziwaczne studia (np. jakąś historię czegośtam), urzędnicy z PUP na bank nie znajdą mi roboty. Na kasę do Biedronki mnie nie posadzą, bo praca nieadekwatna do wykształcenia. Leci za to ubezpieczenie i inne takie. Można się nawet dorobić zasiłku dla bezrobotnych, którzy co prawda jest niewielki, ale jako dodatek do pracy na czarno – to zawsze kilkaset zł więcej i lepiej niz darmowa praktyka albo staż za pół darmo. Emerytura? A co ona mnie obchodzi. ZUS mi jej nie zagwarantuje, bo to bankrut.

- wcale nie muszę pracować fizycznie. W sieci można przeczytać wiele opowiadań ludzi dobrze ustawionych, zarabiających na sprzedaży w szarej strefie. Autentycznie miałem znajomego, który na usługach graficznych wyciągał 60 – 80 tyś zł rocznie. Ba – ostatnio sam zostałem poproszony o wykonanie projektu graficznego ulotki. Ok. 40 minut pracy kosztowało mojego zleceniodawcę 100 zł netto, a to i tak uwzględniając stosunki koleżeńskie. Z tym, ze to poszło na konto prowadzonej przez nas działalności gospodarczej, ale gdybym robił to na czarno, to przecież zarobiłbym tyle samo. Śmieszne nie? Tym bardziej, że moja dniówka wynosi obecnie ok. 70-75 zł (8 godzin pracy). I opłaca mi się uczciwie pracować, jak zleceń dla grafików jest od pyty na takim np. zlecenia.przez.net?

I teraz przeliczcie jeszcze raz, co sie komu opłaca. Czy robienie z tego kraju drugich Chin i masturbowanie przed słupkami wzrostu gospodarczego, czy szanowanie pracowników i budowanie solidnej “klasy robotniczej”, która zarobi na siebie i na państwo. Oczywiście można próbować likwidować zasiłki oraz szarą strefę, ale jak dotąd jeszcze nikomu się to nie udało. Puki co zawsze można spierdolić za granicę, a żaden z obecnie rządzących eunuchów nie odważy się kontrolować i blokować migracji obywateli. Dlatego zanim jeszcze raz ktoś w muszce i z wąsami zacznie mi mówić co mi się opłaca, a co nie, to niech wcześniej weźmie kalkulator i sobie policzy. Bo już zmuszanie ich do życia na postulowanych przez nich warunkach, byłoby zbrodnią na ludzkości.

niedziela, 5 grudnia 2010

Będzie Disneyland?

Od dwóch dni w mediach mówi się o Izraelskich biznesmenach, którzy chcą u nas postawić jeden z najpopularniejszych (i najbardziej rozpoznawalnych) na świecie parków rozrywki. Inwestycja za 2 mld zł wywołała euforię wśród osób które już się o pomyśle dowiedziały. Byłby to czwarty taki park na świecie. Zagwarantowałoby nam to wpływy z turystyki, i gigantyczny rozwój regionu w którym park rozrywki by stanął.

Zanim jednak pochlastamy się ze szczęścia, chciałbym zwrócić uwagę na kilka rzeczy:

1. Dlaczego ci inwestorzy są z Izraela? Nie żebym miał coś do Żydów, ale skoro to projekt międzynarodowy, to dlaczego nie wybrano bardziej rokującego państwa?! Umiejscowienie tego akurat w Polsce gwarantuje najlepsze zyski? jakoś ciężko mi w to uwierzyć. Kraj który ma kiepską infrastrukturę, dynda na samym końcu w rankingach siły nabywczej obywateli, jest dość przeciętny pod względem turystyki ma być strzałem w dziesiątkę?

2. Dlaczego skoro to dobry interes, nie wpadli na to wcześniej nasi biznesmeni? Robi się przekręty wokół autostrad, a tymczasem można by było zainwestować w bardziej dochodowy biznes – na którym też oczywiście nie jeden ukręciłby lody, a i po jego stworzeniu można by nieźle zarobić. Taki projekt miałby pierwszeństwo wszędzie i błogosławieństwo każdego.

3. Najgłośniejsze/największe inwestycje to… te które nie doszły do skutku. Niedoszły dlatego, bo zawsze coś nie wypaliło. Nie wiem czy ktoś pamięta, ale przez ostatnie 20 lat  mieliśmy zalew inwestorów zagranicznych z różnych Turcji, Izraelów czy Katarów. Każdy obiecywał jakieś San Francisco, wielomiliardowe inwestycje którymi jaralo się pół Polski. Jak się one kończyły każdy wie. Albo po wykupie gruntów inwestor olewał sprawę, albo jeszcze przed wykupem, okazywało się, ze to figurant gołodupiec wykupujący grunty, w tylko jego mocodawcom wiadomym celu.

Także podchodzę do tego sceptycznie. Obawiam się, ze Izraelscy inwestorzy wcale nie są Izraelscy i wcale nie chcą budować tu Disneylandu. Z drugiej strony zastanawia mnie po co ktoś chce kupować u nas ziemię i na co mu ona potrzebna? Cały myk z tymi inwestycjami polega na tym, ze władza szczy po kostkach na samą tylko plotkę o czymś takim. Oczywiście grunty są sprzedawane za znacznie niższą od rynkowej cenę, koniczne wywłaszczenia wykonywane w rekordowym tempie, a inwestor zagraniczny zwolniony z jakich tylko się da opłat. Co potem się stanie z tą ziemią to już inna sprawa – ale nie ulega wątpliwości, ze lepiej puścić bajer o inwestycji i kupić za mocno zaniżoną cenę, niż robić to na normalnych warunkach.

Urzędnicy na bezrobocie

Ku uciesze wszystkich, sejm 3 grudnia uchwalił nową ustawę o racjonalizacji zatrudnienia w budżetówce. Na mocy nowej ustawy, pracę straci ok. 20 000 osób. Pytanie tylko, czy naprawdę jest się z czego cieszyć?

Zacznijmy od teorii. Każda z partii rządzących, ma inny sposób obsadzania swoimi odpowiednich stanowisk urzędniczych. I tak np. PiS, wywalał doświadczonych dyrektorów, kierowników czy naczelników, a na ich miejsce wsadzał swoich, nierzadko niedoświadczonych młodzianów przed trzydziestką. Kompetencje danego urzędnika przejmował nieoficjalnie jego zastępca, a jego poprzednik otrzymywał posadę na niższym szczeblu – ale z podobnym wynagrodzeniem. Wzrastały koszty utrzymania danej instytucji i pogarszała się jakość kierownictwa. PO natomiast miało całkiem inny system. Oni nie ruszali urzędników na stanowisku. Oni doklejali do nich kilku zastępców, na których wciskali swoich znajomych. Wynagrodzenie niewiele mniejsze, obowiązki znacznie mniejsze. Tam gdzie się nie dało, dane komórki organizacyjne dzieliło się na kilka części. Oczywiście każda część podzielonej komórki musi mieć swojego kierownika, ten musi mieć zastępcę. Z racji nierównych podziałów, należało zwiększyć siły przerobowe niektórych komórek – tworzono więc nowe stanowiska, dla kolejnych urzędników.

Teraz wynagrodzenie. W małym mieście, wynagrodzenia wyglądają następująco: zwykły urzędnik, taka Pani Krysia z okienka, na start dostaje 1 300 zł netto z hakiem. Wynagrodzenie wzrasta wraz z latami pracy, osiągając przed emeryturą ok. 2 000 zł netto. Urzędnik mianowany i po awansach, pod koniec kariery wyciąga niecałe 3 000 zł netto. Już na samym początku jego wynagrodzenie osiąga 2 000 zł (jeśli jest mianowany). Kierownicy – zależnie od stażu pracy, otrzymują od 3 do 5 tyś zł netto. Naczelnicy lub dyrektorzy, osiągają 7 – 10 tyś zł netto. Ich zastępcy ok. 20-30% mniej.

Spójrzmy których urzędników zwolnienia nie dotkną. Spać spokojnie mogą oczywiście związkowcy, pracownicy kancelarii Sejmu, Senatu, Prezydenta, Trybunału Konstytucyjnego, rzecznika praw obywatelskich i rzecznika praw dziecka, NIK, SN, NSA, pracownicy sądów administracyjnych i powszechnych, KRRiT, GIODO, IPN, KBW i PIP. Co najważniejsze, stanowiska zachowa każdy urzędnik mianowany i absolwent Krajowej Szkoły Administracji Publicznej. Co z tego wynika? Że zasiedzeni i najdrożsi w utrzymaniu urzędnicy w dalszym ciągu nie zostaną zredukowani.

Polecą szeregowi urzędnicy (najsłabiej opłacani) i to zapewne ci z najmniejszym stażem pracy. Da się zauważyć, że urzędnicy młodsi, mają zdecydowanie większą wydajność. Wynika to z większej motywacji do pracy, większych wymagań od strony pracodawcy i w końcu z faktu niższego wieku. Osoby bardziej doświadczone są przeważnie lepsze merytorycznie, ale ta różnica jest mniejsza niż ta wynikająca z wydajności. Starsi, ze znajomościami, układami i olewczym stosunkiem do pracy (bo i tak ich nie zwolnią) – w dodatku lepiej opłacani zostaną tam gdzie są.

W rezultacie spadnie jakość obsługi interesanta, spadnie wydajność – na załatwienie tej samej sprawy trzeba będzie czekać odpowiednio dłużej, gdyż urzędnicy za to odpowiedzialni zostaną zredukowani.

Ta ustawa to pic na wodę, który ma udowodnić wyborcom, że coś się robi i coś się zmienia na lepsze. Tymczasem zanjomki zachowają stołki, a redukcja faktycznie pracujących urzędników wyjdzie tylko wszystkim bokiem. Za rok okaże się, że urzędy gorzej pracują, co będzie zdaniem rządu wynikiem wprowadzonych cięć. Osoby po studiach administracyjnych i prawniczych pójdą na bezrobocie, ciągnąć zasiłki i zapomogi od państwa. Ilość stołków się zmniejszy, co zwiększy popyt na pracę wśród osób które po takich, a nie innych studiach, nic innego robić nie potrafią. Oszczędności będą, ale nie znowu takie duże – i nie na tych, na których być powinny.