Przyjeżdżam do pracy, otwieram z pilota bramę parkingu. Wjeżdżam, parkuję tyłem, obok samochodu kolegi z pracy. Gaszę silnik – ten u niego (też Diesel) jeszcze klekocze, a on sam siedzi za kierownicą. W końcu i on gasi, wysiada, wita się. Gasisz tak od razu? – pyta. Tak, a co?! – odpowiadam. No wiesz… turbina.
I z czymś takim, spotykam się ostatnio bardzo często. Każdy nawet jak przejedzie samochodem 500 m, 30 km/h, przed zgaszeniem silnika trzyma go jeszcze minutę na obrotach jałowych i “chłodzi turbinę”. Zastanawiam się po cholerę?!
Owszem, ważne jest tzw. wystudzenie turbiny. Ale aby zaszła taka potrzeba, ta turbina musi trochę popracować. Tak naprawdę nie chodzi o żadne studzenie. Po prostu jak dobrze “da się w pizdę”, to wieniec łopatkowy turbiny, obraca się z prędkością kilkudziesięciu tysięcy obrotów na minutę. W takiej sytuacji, należy poczekać, aż prędkość obrotowa spadnie, czyli dać jej czas, żeby obroty “zeszły” zanim się zgasi silnik. Jest to o tyle istotne, że w czasie gdy on pracuje, turbina jest smarowana. Jeżeli wyłączy się silnik natychmiast po dużym obciążeniu, kiedy obroty nie zdążą jeszcze spaść – stabilizować one będą się bez smarowania olejem, co przy takiej dużej prędkości, może doprowadzić do zatarcia turbiny i jej uszkodzenia.
Jeżeli dobrze się samochodu nie przegoni, to turbina nie ma z czego “schodzić” i takie “studzenie” po każdorazowym dojechaniu do pracy, w sytuacji gdy nie przeciąża się silnika (max 2 500 obr/min i średnio w zakresie 1 500 – 1 800) to tylko bezsensowne marnowanie paliwa. Co więcej – jeśli się dobrze pociśnie, ale ostatnie 500 metrów jedzie na minimalnych obrotach, to już w czasie pokonywania tego końcowego odcinka, obroty turbiny zdążą spaść do bezpiecznej wartości.
Kiedy “studzić” turbinę?
- przed zgaszeniem silnika po dłuższej jeździe z prędkością zbliżoną do maksymalnej (przez dłuższy czas obroty w zakresie 3 – 4 tyś obr/min,
- gdy silnik jest przeciążony – np. w czasie jazdy w górach, lub gdy ciągnie się przyczepę,
- gdy przed chwilą paliło się gumę pod światłami,
- na wszelki wypadek po powrocie z długiej trasy.
Przy okazji warto dodać, że niebezpieczne dla turbiny może być zaduszenie silnika, np. w czasie ruszania spod świateł (tym bardziej, że w warunkach miejskich, często rusza się dość dynamicznie). Szczególnie gdy robi to osoba mało doświadczona, która albo nigdy nie jeździła Dieslem (i rusza jak benzyniakiem) albo w ogóle mało czym w życiu jeździła (przy ruszeniu “na emeryta” – gaz pod odcięcie i powoli sprzęgło – można też ze względu na wysoki moment obrotowy doprowadzić do spalenia sprzęgła). “Przygazówa” przy ruszeniu i zaduszenie silnika – to powtarzane kilka razy na dzień może szybko zabić turbinę.
Producenci nowych aut, zresztą już zadbali, żeby te turbiny psuły się szybko. Przecież system START/STOP, który ma zadanie automatycznie wyłączyć silnik po X czasu pracy na biegu jałowym i włączyć go gdy kierowca chce ruszyć, wielokrotnie w swojej karierze zgasi silnik wtedy, gdy turbina będzie akurat rozkręcona.
Szczerze to trochę mnie zabiłeś tymi nowinkami. Trochę mi się to nie mieści w głowie - komplikowanie obsługi samochodu? W dzisiejszych czasach? o_O Bo konieczność odczekania przed wyłączeniem jest komplikacją, mało; konieczność rozpamiętywania, czy w trasie weszło się na wysokie obroty czy tez nie, w momencie, gdy auto jest "przedłużeniem nóg", też jest utrudnieniem. Mały przykład do "przedłużenia nóg": jeśli masz dobrą kondycję fizyczną i jeździsz sporo autobusami po mieście, też na wyrywkowe pytanie jak wpadasz do biura nie umiesz odpowiedzieć: "czy po drodze dobiegałeś do jakiegoś autobusu i ile metrów"? Ludzie tak używają aut... Nie zdają sobie sprawy z tego jak jeżdżą. Bo ważniejsze jest bezpieczeństwo i płynność ruchu oraz czynnik pośpiechu, a nie w danym momencie obroty silnika... No cóż, są na świecie rzeczy, które się fizjologom i tak dalej...
OdpowiedzUsuń na zawszeCo do systemu start/stop... Zabiłeś mnie po raz kolejny. Przypominam, że nie jestem osobiście zmotoryzowany, a jak będę to i tak zabytkowo. Owszem, słyszałem o takich systemach, ale... tylko w autach z napędami hybrydowymi! Ruszasz na elektrycznym, wchodzisz na prędkość - odpala się silnik paliwowy! Jedziesz w korku - silnik się wyłącza, ciągnie akumulator na elektrycznych silnikach. Takie coś wrzucać w auto z napędem konwencjonalnym to barbarzyństwo. Zakładam się, że średnia chwila "przerwy" wynosi kilka sekund (bo akurat już trzeba ruszać), a średnie opóźnienie ruszającej kolumny pojazdów z tego tytułu (wciskam gaz i czekam aż odpali) też po kilka sekund na auto... O marnowaniu rozrusznika, akumulatora i samego paliwa już nie wspomnę. ZWŁASZCZA przy dieslach, gdzie jałowe obroty są niższe.
Zszokowany, jednak nie na tyle, by nie pożyczyć Ci np. udanego roku 2012 nie obfitującego już tak w absurdy jak poprzednie. :)
Nie musisz pamiętać, czy w trasie wszedłeś na obroty. Wystarczy pamiętać, żeby po przytrzymaniu pod odcięciem dać jej zawsze ok. minuty. Jeśli w 300 km trasie dwa razy ostrzej pociśniesz, a ostatnie 70 km zrobisz na 5-tce z prędkością 70 km/h to generalnie nic nie musisz studzić.
OdpowiedzUsuń na zawszeZresztą - to przecież tylko jeden z elementów i to w dodatku żadna nowina. A konieczność rozgrzania silnika przed właściwą jazdą i technika robienia tego? Grzenie świec żarowych w Dieslu przed odpaleniem? Umiejętne posługiwanie się sprzęgłem, żeby >300 Nm nie zrobiło z niego sieczki, a nieraz także ze skrzyni biegów? Konieczność selekcji stacji w celu uniknięcia zatankowania gorszej jakości paliwa i uszkodzenia osprzętu silnika? Tak można wymieniać i wymieniać.
Nie wiem czy wiesz, ale silniki spełniające kolejne wyśrubowane normy EURO, kopcą nieraz bardziej, niż ich 20 letnie odpowiedniki. Wynika to ze specyfiki pomiarów. Dawniej silnik musiał być "czysty" w całym zakresie prędkości obrotowej. Dziś wystarczy, żeby emisja była OK tylko w określonym zakresie obrotów. Dlatego producenci robią tak, żeby przy XXX obrotach kopcił ile trzeba, a resztę mają w dupie. To zmusza użytkownika do kupowania nowoczesnych ale awaryjnych silników, a stare niezawodne jednostki zostają wycofane, bo są niezgodne z normami.
Downsizing to oczywiste robienie ludzi w chuja. Ile dajesz silniczkowi 1.2 TSI w spasionej Octavi?! 100 000 km do pierwszego remontu kapitalnego? Downsizing to nic nowego. Przecież Japońce od lat stosowali w motocyklach np. jednostki, które z 1 litra osiągały ponad 100 KM. Z tym, że wadą takiego rozwiązania było krótkie życie takiego silnika. Wytrzymywał kilkadziesiąt tyś km, co w przypadku sportowego ścigacza nie było problemem. Używany sezonowo, on do tego przebiegu dobijał po 20 latach. Silniki wysilone szybciej się zużywają. Najdłuższe przebiegi osiągają wolnossące jednostki, niewysilone, o dużej pojemności. Legendarny w123, ze swoim legendarnym silnikiem 200D, osiągał 55 KM z 2 litrów. To jest 27,5 KM z litra. To mniej niż Maluch. Dlatego znosił przebiegi rzędu 3 mln km. VW 1,2 TSI osiąga 105 KM, co daje 87,5 KM z litra. Stare 1,9 TDI miało 47 KM z litra, a benzyniaki, które znosiły 200 - 300 tyś KM - od 50 do 60 KM.
Kolejny gadżet - nakaz jazdy na światłach 24/dobę i dostęp do żarówki na tyle zablokowany, że musisz rozebrać pół samochodu. Sam tego raczej nie zrobisz. Dodaj do tego "postarzanie produktu", gdzie producenci doszli do wniosku, że halogen zamiast 5 tyś godzin może świecić przecież tysiąc godzin. W mojej Astrze pierwsza żarówka spaliła się po 9 latach i 200 000 km. Kolejne palą się co pół roku.
A taki bajer jak tarcza hamulcowa zintegrowana z piastą, łożyskiem i czujnikami ABS? Padnie Ci jedna pierdoła, a wymienić musisz całość za kwotę 4 cyfrową. W mojej Astrze, jakiś idiota zintegrował piastę z łożyskiem i czujnikami. Koszt nowej, to ponad 500 zł. Dodaj do tego tarczę i fakt, że na rynku do takiego modelu nowego, może być mniej części, a skoro nowy, to też droższe.
Obecnie samochody to już nie samochody. To urządzenia do ochrony środowiska i wyciągania oszczędności od ich użytkowników.
À propos świateł - jak to w końcu jest z tymi LED-ami do jazdy w dzień? Dopuścili? Pomału już ta technologia dopadła halogeny i xenony. W Poznaniu już świecą (nigdzie o tym w newsach o Poznaniu nie mogę znaleźć, muszę raz kolegę zaczepić z lustrzanką, może zrobi fotkę) eksperymantalne latarnie LED. No chyba, że to co innego, ale wyraźnie mrużąc oczy widzę płaską matrycę świecących kropek. Przyjemna, ciepła barwa światła. Niby jest odrobinę ciemniej, niż pod sodówkami, ale jednocześnie jakoś tak wszystko widać wyraźniej. Nie wiem, ile to żre prądu, ale skoro wyparło sodówkę, to i na światła mijania (a co dopiero do jazdy dziennej) się nadaje...
OdpowiedzUsuń na zawszeIntegrowanie wszystkiego ze wszystkim oraz miniaturyzacja - jasne, że to ślepa uliczka. Ślepa dla maszyn, przede wszystkim - bo mały wysokoprężny silniczek z całą stadniną mechaniczną jest tańszy w seryjnej produkcji z jednego kawałka niemal, niż beczkowy 200D kiedyś był. Ale taka jest przyszłość - supersprawne, nietrwałe urządzenia. Bo producenci za coś muszą jeść. :) Gdyby tylko każdego było na to stać... Ale na zachodzie stać, i nikt nie narzeka, że dziadek jeździł 30 lat swoim fordem, a wnuczek - co prawda zmienia co rok, bo chce - ale jakby nie chciał, to musiałby zmieniać max co 4 lata, bo w pewnym momencie przestaje się opłacać naprawiać.
Kiedyś maszyny (nie tylko auta) miały "duszę"... Szkoda mi tych czasów.
A z tymi "urządzeniami do ochrony środowiska" to mocna przesada. No chyba, żeś to z przekąską napisał. ;) Zapasowe części oraz sposób eksploatacji różny od przewidzianego właśnie, skutecznie robią z nich lipę.
BTW, jakiś czas temu widziałem film dokumentalny "Kto zabił elektryczny samochód" ("Who Killed Electric Car"). Zrobiony z amerykańską pompą i nie mniejszym zaangażowaniem, niż wszelkie filmy dokumentujące istnienie UFO, jednak cóż. Ja im wierzę. Padają nazwiska, padają nazwy firm. To musi być prawda. :)
No a wczoraj obejrzałem sobie do kompletu bajeczkę - "Auta 2". Dzieciakom już też pompują oczywistość kończenia się zapasów ropy do głowy, w sumie w sposób bardzo przystępny i jeśli za tym stoją potężni tego świata ($$$), to muszą mieć coś w zanadrzu - nie kopali by pod sobą dołków. BTW bardzo przyjemny sequel, nie sądziłem, że im to tak fajnie wyjdzie. No ale w końcu to Pixar. :)
Swoją drogą, ciekawe, czy w Polsce dałoby radę w świetle prawa własnoręcznie skonstruować i zarejestrować samochód napędzany całkowicie albo energią elektryczną (wiem, są elektryczne auta, ale za nimi stoją koncerny), albo z silnikiem spalinowym, jednak zupełnie nie dostosowanym do żadnego z paliw sprzedawanych na rynku motoryzacyjnym? Załóżmy, że silnik się da zrobić i nie będzie to zwykła przeróbka (jak na rzepak). Będzie to od zera inna konstrukcja, która nie sprawdzi się z ON ani benzyną, ani LPG. Emisja spalin itp. - znów założenie - w normie. Kiedyś przepisy tego nie regulowały, były proste niczym do roweru: rower musi mieć: 1 hamulec, sygnał dźwiękowy, lampki po zmroku itd, itp. Auto można było zrobić samemu i - jeśli spełniało pewne PROSTE wymagania - zarejestrować. Ciekawe, jak teraz patrzyliby na silnik, który omija wszelkie podatki, bo nie można baku zatankować na stacji...
A dlaczego mieliby nie dopuszczać LED-ów? Oświetlenie takie musi mieć tylko homologację (w przypadku gdy dokupujesz) i jak ma, to można montować.
OdpowiedzUsuń na zawszeA z tymi "urządzeniami do ochrony środowiska" to mocna przesada. No chyba, żeś to z przekąską napisał. ;)
Z przekąską, choć nie do końca. Jeśli urządzenie staje się dysfunkcyjne przez to, że nadrzędną staje się jego jakaś dodatkowa, nieistotna funkcja, to można już sformułować takie określenie.
Padają nazwiska, padają nazwy firm. To musi być prawda. :)
Przecież to bardzo amerykańskie i zgodne z działaniami Georga Dablju Busha ;) Sam Mel Gibson był oburzony, że mu samochód skasowali.
muszą mieć coś w zanadrzu
Są dziesiątki technologii i możliwości. Leżą one w sejfach koncernów naftowych. Na brak towaru, to narzekać mogą konsumenci, ale nie dostawcy globaliści czy wręcz monopoliści. Oni na małej podaży tylko zarabiają. Ropa idzie w górę i dopóki jest to nie dopuszczą żadnej innej technologii.
Co do samoróbek: http://www.gazetapodatnika.pl/artykuly/rejestracja_pojazdu_typu_sam-a_3051.htm
W przypadku LED piszesz o homologacji i tutaj zapewne był problem. Pytanie, czy istnieje nadal.
OdpowiedzUsuń na zawszeCo do samoróbki widzę, że można, acz o własnym silniku jest tam bardzo mało. Raczej mowa o papierach potrzebnych w przypadku (w domyśle: oczywistym) pozyskania silnika z innego, wyrejestrowanego pojazdu. No, ale jeśli nie jest zabronione, znaczy, że wolno. Inna sprawa, takie cacko ma przejść przez las rąk decydentów i tu może być pies pogrzebany.
Co do przekąski w maszynkach do ochrony środowiska: nie zaczynają być dysfunkcyjne. Kopcą i szybciej sie psują. Szybciej to nie znaczy od razu... Nadal jest to silnik, z tym, że kopci. Fajna maszynka prośrodowiskowa. :)
Co do przekąski w maszynkach do ochrony środowiska: nie zaczynają być dysfunkcyjne. Kopcą i szybciej sie psują. Szybciej to nie znaczy od razu...
OdpowiedzUsuń na zawszeJak to kopcą? One są po to żeby nie kopciły. A dysfunkcjonalne są z tego powodu, że nawala coś, co nie ma kompletnie wpływu na napęd i unieruchamia samochód. Jeśli zerwie Ci się pasek rozrządu - OK, on jest niezbędny. Zepsuł się, ale jest niezbędny. Ale jeśli samochód staje w szczerym polu, bo nawala zawór EGR, albo filtr DPF, to już znaczy, że coś jest nie tak. To jakby pralka nie chciała prać, bo straciła połączenie sieciowe (z Internetem, a nie z siecią elektryczną).
Downsazing i inne pseudotechnologie powodują, że silniki będą się zużywać po przejechaniu 100 - 200 tyś km. Jeśli w latach 80 ubiegłego wieku, można było tworzyć silniki samochodów, które osiągały przebiegi 4 mln km, a średni przebieg do pierwszej poważnej naprawy to ponad 800 000 km, to gdyby technologia poszła w dobrą stronę, teraz powinno być tylko lepiej. A przez te ekologiczne brednie, jest dużo gorzej. Po prostu ekologia jest tylko zgrabnym pretekstem do tego, żeby skracać czas życia produktu.
Jak to kopcą? One są po to żeby nie kopciły.
OdpowiedzUsuń na zawszeOdnosiłem się tutaj do tego, a pisałem w kontekście używania niezgodnie z założeniami (nieekonomiczną, dynamiczną jazdą):
Nie wiem czy wiesz, ale silniki spełniające kolejne wyśrubowane normy EURO, kopcą nieraz bardziej, niż ich 20 letnie odpowiedniki. Wynika to ze specyfiki pomiarów. Dawniej silnik musiał być "czysty" w całym zakresie prędkości obrotowej. Dziś wystarczy, żeby emisja była OK tylko w określonym zakresie obrotów. Dlatego producenci robią tak, żeby przy XXX obrotach kopcił ile trzeba, a resztę mają w dupie.
Opisane z kolei przez Ciebie awarie, czy może raczej "awarie" - ujęte w cudzysłów - to rzeczywiście plaga i to nie tylko w świecie samochodów. Weźmy drukarki. Ja mam jeszcze Lexmarka, w którym jak się skończy kolorowy tusz, nadal można drukować na czarno. Jak się dla odmiany skończy czarny, nadal można go uzyskać, wyjmując czarny kartridż - sterownik poskłada czarny kolor z 3 barw. A do "domowego biura" w ogóle nie muszę wkładać kolorowego tuszu - starczy sam czarny, drukarka zmienia się w monochromatyczną i nie ma o nic pretensji. Nowsze modele niestety wymagają obecności obu kartridżów. Z tym, że o ile pamiętam, kolor może być pusty lub suchy, niewymieniany od lat a drukarka nadal ładnie działa z wymienianym na bieżąco czarnym. Niestety, Brother już zadbał o to, by użytkownik nie miał za łatwo. Są tam 4 atramenty - trzy kolory osobno i czarny. Rozdzielność kolorów to oczywiście plus, bo jak się skończy jedna z barw to nie trzeba kupować od razu całości. Ludzie drukujący często np. coś z czerwonym emblematem, czerwony wymieniają kilka razy, zanim raz wymienią niebieski. Koniec plusów - Brother zadbał o to, by przy braku dowolnego tuszu, np. żółtego, nie można było wydrukować już nic - nawet na czarno. Aż wymienisz tusz. Wymysł jaśnie projektantów, czy polityka upierdliwości wobec klienta?
Ale to oczym piszesz, dotyczy wszystkiego! Przykład drukarki to dokładnie to samo co robi się z samochodami. Tylko drukarka jak Cię wkurzy - wywalisz i kupisz nową za 150 zł. Wymiana nikomu nie potrzebnego filtra DPF to koszt kilkunastu tyś zł, a jego czyszczenie kilu tysięcy.
OdpowiedzUsuń na zawszeTo jest polityka upierdliwości stosowana w celu łojenia z kasy klienta.