Kiedy w mediach pojawia się sprawa drakońsko drogich paliw (tak, wiem, że Niemcy płacą więcej, ale chuja mnie to obchodzi, jak UE płacimy ZA DUŻO), zawsze jakaś dziennikarzyna musi to kretyńsko skomentować. Inteligentnie stwierdza, że pomimo cen paliw, nadal na ulicach tłoczno, a w korkach stoją samochody tylko z kierowcą w środku,
A niby jak do cholery ma być ich mniej?! Samochody to autobusy, transport drogowy (ciężarówki, furgonetki), przedstawiciele handlowi, kurierzy, oraz osoby które z różnych powodów muszą w taki, a nie inny sposób się przemieszczać. Tych skaczących samochodem za róg po papierosy nie dość, że jest niewielu, to jeszcze na nich cena paliwa specjalnie nie wpłynie. Skoro mają gdzieś, że zużycie ich samochodu na częstych krótkich trasach jest wielokrotnie większe, bo ponad to stawiają sobie wygodę i lans, nawet gdyby litr paliwa był po 10 zł oni nadal będą robić to samo. Ideologicznie ktoś chce walczyć z ułamkiem procenta takich osób, kosztem całej reszty i samego siebie (wyższe koszty paliwa, to wyższe koszty wszystkiego).
Akurat należę do takich osób, którzy na komunikację publiczną specjalnie przesiąść się nie mogą i 35 km trasę z domu do pracy, muszą dojeżdżać samochodem. Dzięki zastąpieniu nierentownych PKS-ów (które różną częstotliwością, ale za to wszędzie jeździły), komunikacją prywatną, mamy wojny na najbardziej rentownych trasach i brak jakiegokolwiek transportu publicznego na zadupiach. W moim przypadku dojazd do pracy, to jazda najpierw busem, potem przesiadka w autobus miejski. Problem w tym, że przewoźnicy nie udostępniają swoich rozkładów, także nie wiem, o której muszę być na przystanku. Owszem, niektórzy podają, ale z centrum Lubartowa. Do centrum mam ok. 2,5 km, które musiałbym pokonać pieszo. Moja firma znajduje się na zadupiu Lublina, gdzie miejski jedzie raz na pół godziny.
Reasumując: w pracy muszę być najpóźniej na 8:00. Dojazd do Lublina autobusem, trwa godzinę, ale nigdy nic nie wiadomo. lepiej zarezerwować sobie ok. 1,5 godziny lub godzinę i 45 minut. Nie wiem kiedy jedzie, więc na przystanku trzeba być te 1:45 lub dwie godziny wcześniej przed spodziewanym odjazdem. Odjazd trzeba zaplanować tak, żeby uwzględnić dojazd miejskim. Ten jeździ co pół godziny i dojazd na miejsce zajmuje mu ok. 30 minut. Z przystanku do pracy mam 10 minut pieszo. Tym o 7:30 pojechać nie mogę, bo do pracy spóźnię się 10 minut. Muszę jechać tym o 7:00 (wtedy jestem 20 minut przed czasem). Żeby dojść na przystanek na czas, muszę być w Lublinie przed 7:00. Aby tego dokonać, muszę wyjechać z Lubartowa przed 6:00. Wychodzę więc o 5:15 na przystanek i czekam aż coś łaskawie przyjedzie. Aby być o 5:15 na przystanku, muszę nastawić budzik na 4:45. A to już zalatuje filmem Barei “Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” i drogą do pracy opowiadaną przez jednego z bohaterów. W sumie mogę te 2,5 km przebyć pieszo – czy słońce, czy śnieżek, czy słota. To jest ok. 30 minut wcześniej, więc wiele nie zaoszczędzam, ale jest szansa, że złapię coś z rozkładu (komfort psychiczny, że na pewno coś jest).
Identycznie jest po pracy. Koniec o godzinie 16:00, 10 minut drogi, pierwszy autobus o 16:30. 17:00 jestem na dworcu i czekam na nierozkładowy autobus do Lubartowa. Jeżdżą co 15 minut, ale nie każdy na moje osiedle. Więc albo czekam na właściwy, albo mam co najmniej 1,5 km darcia pieszo. Zwykle mijają 3 kolejki, zanim coś złapię, czyli ok. 45 minut. 17:45 wyruszam z Lublina i 18:45 jestem w domu. Jadę przeładowanym autobusem pełnym studentów, młodzieży szkolnej i starszych osób sprzedających artykuły spożywcze własnej hodowli na targowisku w Lublinie (i w tą i z powrotem). Poza 8 godzinami pracy, marnuję dodatkowo 5,5 godziny na dojazdy? Chore? Nie dla każdego.
Dojazd do pracy samochodem, zajmuje mi 40 minut. W lecie mam klimatyzację, w zimie ogrzewanie. Sam decyduję kiedy wyjeżdżam, kiedy wracam i co robię po drodze. Mogę zabrać tyle bagaży ile mi się zmieści do bagażnika, po drodze zrobić zakupy czy załatwić jakąś sprawę. Ba – mogę nawet umówić się ze znajomymi i po godzinie 21 czy 22 wrócić bez stresu do domu (autobusy po 21 to czysta loteria i zdarzało się kimać do rana na dworcu).
Koszty? Na paliwo idzie 500-600 zł miesięcznie. Tyle mi wychodzi po zsumowaniu miesięcznych rachunków ze stacji paliw. W to jednak wchodzą nie tylko dojazdy do pracy. Jeżdżę też na zakupy, odwiedzam znajomych, czasem jadę do rodziny czy załatwiam rzeczy, które bez samochodu nie byłyby możliwe do załatwienia – bo albo nie jeździ tam autobus, albo ciężko do niego zapakować np. lodówkę. Koszty dojazdu autobusem? 4 zł Lublin-Lubartów i 2,40 zł bilet po Lublinie. Razy dwa, to daje 12,8 zł. Miesięcznie 256 zł. Taniej, ale mniej wygodnie, więcej tracę na dojazdy (zamiast na dorobienie sobie gdzie indziej), wpadam w gigantyczne koszty, gdy musze pojechać gdzieś poza “rentowną linią” itd.
A przecież samochód też trzeba jakoś utrzymać, bo w dzisiejszych czasach życie bez samochodu to jak życie bez telefonu komórkowego albo dostępu do Internetu. W takiej sytuacji jak ja, jest wiele osób i nie znikną z krajobrazu ulic przynajmniej do czasu, kiedy bardziej zacznie się opłacać wynajem mieszkania od dojazdów do pracy.
Drugo zarzut, to fakt, że w samochodzie jedzie jedna osoba. A jaki mam wybór?! Wozić w swoim samochodzie, mogę tylko rodzinę, bo tylko do nich i tylko w takim przypadku nie przypieprzy się skarbówka. Niestety tak się złożyło, że reszta rodziny nie pracuje tam gdzie ja, więc taka opcja odpada. Przecież nie będę ich woził tylko dla idei. Kumpli z pracy podwozić nie mogę, bo to niezgodne z prawem. Znaczy zgodne – ale wtedy musieliby się rozliczyć z fiskusem, bo jeśli wożę ich za darmo, to osiągają przychód. I to niemały, bo przez rok to jest 3 072 zł. Znowuż gdyby mi zapłacili (nawet tyle co za MPK), to ja bym osiągnął przychód w wysokości 12 288 zł rocznie. Dochodzi więc niewygodna biurokracja – przy czym nie jestem pewien, czy nie byłbym zmuszony założyć działalności i kasy fiskalnej, aby robić to zgodnie z zaleceniami. Mógłbym też tak wykombinować, żebyśmy i oni i ja zarabiali kwotę na tyle niską, że zwolnioną od podatku. Ale po pierwsze US by na to nie poszedł (w razie wpadki obciążą mnie wg. kosztów obliczonych na postawie cen średnich, więc cena za kilometr lub cena biletów autobusowych na tej samej linii), po drugie, nie mam zamiaru dla idei ponosić dodatkowych kosztów (większe spalanie, zużycie samochodu i strata czasu) – równie dobrze mógłbym w samochodzie wozić zawsze 4x80 kg worki kartofli.
Gdybyśmy żyli w normalnym państwie, urzędnicy przymknęliby oko na “przychody” obywateli związane z autostopem. Wystarczyłoby sformalizować kwestię przewozu osób pojazdami z ilością miejsc przekraczającą 9 osób, wykorzystywaną stricte do transportu publicznego.
W obecnej sytuacji, ja chętnie bym się ogłosił, że jeżdżę na takiej i takiej trasie w takich i takich godzinach i podwiozę za cenę autobusu lub za udział w kosztach spalonego paliwa. Niestety obecnie nie da się, bo pierwszy klient może być zarazem kontrolerem skarbowym, a sąsiad szybciej złoży donos do skarbówki, niż ja zdążę wykonać pierwszy kurs z pasażerami. Dlatego mamy korki pełne samochodów z samym tylko kierowcą.
"Kumpli z pracy podwozić nie mogę, bo to niezgodne z prawem. Znaczy zgodne – ale wtedy musieliby się rozliczyć z fiskusem, bo jeśli wożę ich za darmo, to osiągają przychód." - co k...a? Nie no, wybacz, ale nie potrafię znaleźć inteligentniejszych słów na wyrażenie mojego zdziwienia. Gdzie my żyjemy!?
OdpowiedzUsuńMoim zdaniem mocno przesadzasz. Ludzie się jakoś podwożą do pracy i nikt na tym nie cierpi. Jeszcze jako podwożący rozumiem obawy przed kontrolą (kontrolą – a nie jej wynikami!), w przypadku, gdybym brał za to regularnie kasę. Jednak jako podwożony… no przepraszam, jaki przychód? Oszczędności? Może jak pójdę 20 km pieszo, a zdaniem US powinienem jechać PKS-em, to mam zapłacić podatek, bo zaoszczędziłem? To są już dyrdymały wyssane z palca. Przypomina mi się dowcip, w którym młody szkot chwali się ojcu, że zaoszczędził 20 pensów biegnąc za tramwajem, a stary go ruga, że gdyby biegł zamiast tego za taksówką, zaoszczędziłby aż półtora funta.
OdpowiedzUsuńWracając do kwestii, która ma okruchy sensu, czyli trzęsienia portkami przed US wożąc ludzi i biorąc za to kasę – po pierwsze, jeśli nie uzyskujesz dzięki temu dochodu (nie przychodu – innymi słowy: robicie „ściepę” na paliwo, nie zarabiasz na tym) to skarbówka chyba nie ma podstaw, by się przyczepić. Prawo własności (samochodu) ma się do tego nijak, nie jest istotne, że to Twoje auto. Jest jakieś auto, robicie z 3 znajomymi ściepę 200 zł, po 50 każdy, tankujecie za 200 zł i opróżniacie bak jadąc na wczasy (albo dwa tygodnie dojeżdżając do pracy). Nikt nikogo nie naciąga, nikt na nikim nie zarabia, urzędasy nic nie wykryją, zresztą nic im do tego. To, że auto jest tutaj Twoje, oznacza tylko tyle, że wolno Ci się nim poruszać bez dodatkowych pozwoleń i na Tobie leży obowiązek zadbania, by było zapłacone OC oraz by miało ważny przegląd.
Za chwilę nie pożyczysz sąsiadowi wiertarki, bo jak Ci nie da za to flaszki to się wzbogacił zużywając za darmo trochę czyjąś wiertarkę, a jak flaszkę da, to Ty nielegalnie świadczysz mu odpłatnie usługi budowlane. :) Otrząśnij się z tej paranoi, póki pora, bo jeszcze zaczniesz w to wierzyć i nawet emigracja Ci już nie pomoże! ;) Pozdrawiam.
> Ludzie się jakoś podwożą do pracy i nikt na tym nie cierpi.
OdpowiedzUsuńLudzie też używają pirackiego oprogramowania i nikt na tym nie cierpi. Faktem jest, że istnieje martwy przepis, który gdy się chce, można wykorzystać. Wielu Polakom w głowie się nie mieści, co można jeszcze opodatkować, dlatego wiele osób nie zwraca nawet na to uwagi. Ale wystarczy, że podpadniesz sąsiadowi i może zwrócić uwagę US, że ktoś, kogoś gdzieś za darmo wozi.
> no przepraszam, jaki przychód? Oszczędności?
Nasze chore państwo, definiuje oszczędność jako przychód. Nie zdziwiłbym się, gdyby niedługo wprowadzili w życie to co napisałeś z tym PKS-em.
> to skarbówka chyba nie ma podstaw, by się przyczepić.
Pamiętaj, że 1,5 roku pracowałem w US ;)
Ma powody. W dodatku, jeśli nie są w stanie udowodnić ile zarobiłeś na takim przewozie, biorą średnie ceny rynkowe.
Co do sąsiada i wiertarki - nieco pokręcony przykład. Ale jeśli sąsiad zrobi Ci w ramach sąsiedzkiej pomocy półkę na książki, to wg. fiskusa osiągnąłeś przychód (bo nie musiałeś płacić za wykonanie półki). Od tego musisz odprowadzić podatek. US w takiej sytuacji sprawdza jaka jest średnia rynkowa cena i od tego oblicza należny podatek. Na szczęście w US nie pracują jasnowidztwie, dlatego te przepisy pozostają martwe.
Czy wiesz że: pożyczając ode mnie 10 000 zł (jest jakaś kwota progowa, nie pamiętam jaka), w ramach koleżeńskiej pożyczki, także musisz odprowadzić od tego podatek? W związku z tym, że nie wymagam od Ciebie odsetek, osiągasz przychód obliczany jako kwota jaką musiałbyś zapłacić w ramach odsetek. Chyba, że bylibyśmy rodziną.
I nie mów mi o paranoi. Sam miałem problem z donosem, który złożyła na mnie osoba, którą kilka razy za cenę biletu autobusowego zabrałem ze sobą do pracy. Na szczęście rozeszło się po kościach, ale dowiedziałem się czego mi nie wolno i jak to ukryć.
Prowadząc swoją firmę, także musiałem (a właściwie mój wspólnik, bo na niego to było) się sporo nakombinować, żeby w razie kontroli nie popłynąć np. z tego powodu, że kolega za darmo zrobił mi wpis na firmowym blogu. Ja uzyskałem z tego powodu przychód (bo nie musiałem mu za to płacić) i się nie rozliczyłem.
Czy wiesz, że: jeśli uczestniczysz w firmowej wigilii sponsorowanej przez pracodawcę, to teoretycznie także osiągasz przychód z którego musisz się rozliczyć?
http://www.bankier.pl/wiadomosc/Firmowa-wigilia-to-przychod-dla-pracownika-2256774.html
Fajnie jest żyć w błogiej nieświadomości, absurdów III RP ;)
Na szczęście na wszystko muszą być kwity, bo bez kwitów to można pozwać składającego donos o kłamstwo i pomówienie… Świadkowie? No bez jaj. Musiałby nas złapać na gorącym uczynku (podwożenia kolegi) z asystą policji.
OdpowiedzUsuń> Musiałby nas złapać na gorącym uczynku (podwożenia kolegi) z asystą policji.
OdpowiedzUsuńSą na to sposoby, tylko US praktycznie nigdy ich nie stosuje. Zbyt duże koszty i za bardzo dupę trzeba ruszyć.
Urzędnik uprzejmie zapytuje, czy pobierasz opłatę za podwożenie koleżanki do pracy, wcześniej pokazując Ci zdjęcia, na którym jakaś osoba wsiada do Twojego samochodu:
TAK - odprowadzasz zaległy podatek z odsetkami i karą,
NIE - robi to Twój kolega.
W przypadkach kiedy ogłaszasz się np. na lokalnym forum, że chętnie podwieziesz za taką i taką sumę, osobą korzystająca z "usługi", może okazać się pracownik kontroli skarbowej. Metody więc są.
Powtarzam - to, że przepis jest martwy, to nie znaczy, że go nie ma. Po prostu nikomu nie chce się go egzekwować. US też organizuje imprezy, z których nikt się nie rozlicza. Przy okazji nie dostrzegasz absurdu w tym, że z jednej strony państwo blokuje możliwość podwożenia kolegów do pracy, a z drugiej flekuje kierowców którzy jeżdżą sami? Bo o to chodzi, a nie o łatwe czy trudne rolowanie państwa i obchodzenie durnych przepisów.
Dostrzegam, dostrzegam, ale jakoś mnie on zupełnie nie dziwi…
OdpowiedzUsuńTrzeci raz w ciągu tygodnia staje komunikacja w Krakowie na godzinę.
OdpowiedzUsuńhttp://krakow.gazeta.pl/krakow/1,44425,11082119,Awaria_trakcji__tramwaje_stanely_na_ul__Krolewskiej.html
Za komunikację miejską dziękuję bardzo: http://www.youtube.com/watch?v=jvLEVBffLUQ
Pier..lenie w super cenie. Tramwaj się popsuł, no rzeczywiście argument. I akurat Kraków podajesz, w momencie, gdy ludzie w skali kraju raczej zachwalają to miasto… Jest zima i awarie trakcji są normą. Tramwajowej, kolejowej… Teleport se kup. Auta też się psują. I rowery też! Nie ma skutecznej metody, żeby mieć 100% pewności, że w drodze do pracy nic się nie stanie. Nie ma.
OdpowiedzUsuńTo jest argument. Wytłumacz np. mojemu szefowi, że nawaliłem, bo mi się tramwaj zepsuł. Nie każdy ma pracę w stylu "będę: dobrze. Nie będę: jeszcze lepiej".
OdpowiedzUsuńSkoro IS rekomenduje KP jako najlepszy środek lokomocji, to niech państwo zadba, żeby to miało ręce i nogi. Gdyby tak w Rosji przy -15 padała cała komunikacja, to ten kraj przestał by istnieć. Nie jesteśmy Włochami, w których gdy spadnie śnieg, paraliż jest usprawiedliwiony. Tego typu zimy to u nas norma. Należy dostosować tabor, a nie wiecznie usprawiedliwiać się tym, że jest za ciepło albo za zimno.
Na chwilę obecną, mój prywatny samochód, jest 100% pewniejszą metodą transportu, niż komunikacja publiczna. Mamy teraz ferie. Z Lubartowa do Lublina jeździ mniej jak połowa tego co jeździła. Nadal jeżdżą bez rozkładów, przy czym zdarza się, że nawet ten który miał pojechać nie dojedzie, bo zamarzł i kurs odwołany. Podobnie lubelskie MPK. Chociaż na interesującej mnie linii częstotliwość odjazdów jest taka sama, to część autobusów (zwłaszcza prywatnych), w ogóle nie jest w stanie wyjechać na miasto.
Marsjanin - Kraków, bo tutaj mieszkam. Jeśli o mnie chodzi, to gdy moje auto nawali, to mogę mieć pretensje tylko do siebie. Tramwaj się popsuł - no k...a, linia 12 (a z niej często korzystam, sypie się co chwilę). Pozwolę sobie zacytować komunikaty MPK:
OdpowiedzUsuńO 19:50 doszło do awarii tramwaju linii 12 na ul. Dietla na kierunek Ruczaj. Tramwaje kursują objazdem przez ul. Kalwaryjska.
Piątek, 20:00
O 18:50 doszło do awarii tramwaju linii 12 przy Dworcu Głównym na kierunek Wieczysta. Tramwaje kursują objazdami przez ul. Grzegórzecką i plac Wszystkich Świętych.
Piątek, 19:29
Rozumiesz? Dwa razy w ciągu godziny.
A może kulkę w łeb? http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-krakow-policja-zatrzymala-17-latka-ktory-ostrzelal-autobus,nId,430977
Co mogę powiedzieć… Zapraszam do Poznania. Tu ludzie też doświadczają awarii, ale jakoś nie są z tego powodu tak sfrustrowani.
UsuńAha, ale nie teraz, tylko po Euro… Chwilowo Poznań paraliżuje kilka wielgachnych remontów. Przeprowadzanych równocześnie i idiotycznie. :D Ale to nie na temat, więc nie ciągnę dalej.
Co do linka… Cóż… Nie wiem, co chciałeś przekazać. Chuligański wybryk, broń, wiadomo jak się to kończy… To się mogło zdarzyć wszędzie, to argument ani za Krakowem, ani przeciwko. Idiotów w kraju nie brakuje, małoletnich zwłaszcza.
@Paweł:
Generalnie co do szefów i innych takich. Właśnie jestem na etapie kończenia rekrutowania mojej skromnej osoby do nowej pracy. Będę miał szefa, będę miał godziny, do których będę się musiał dopasować. Normalka. Ale to jakoś tak jest, że jeśli zespół jest wyrozumiały, to widzi, czy spóźniasz się, bo kładziesz lachę na pracy, czy rzeczywiście przez przypadek. I wiesz, jeśli za kilkanaście minut zupełnie przypadkowego spóźnienia wylecę, to dobrze się stanie — nie będę tam bowiem zarabiał tyle, by opłacało mi się codziennie wychodzić z domu półtorej godziny wcześniej tylko na wszelki wypadek, bo tramwaj może nie przyjechać, albo bo będę musiał jechać tramwajem, jeśli rano stwierdzę w piwnicy wyrwaną kłódkę i brak roweru (tu dodam, że rowerem jadę jakieś 20 minut, zaś tramwajem lub obecnie dzięki remontowi autobusem 15 minut, ale potem jeszcze kolejne 20 pieszo, stąd MPK będę preferować tylko w razie ulewy lub gołoledzi).
Gdzieś to trzeba wypośrodkować. Dobra, wiem, niektórzy pracują w „obozach pracy”, bo muszą, i muszą godzić się na nieziemskie warunki umowy… Ale im ww. sytuacja „się opłaca”; oni będą spać na magazynie, jeśli zajdzie taka potrzeba, jeśli mogliby się przez np. gołoledź spóźnić…
A nawiasem mówiąc, twoje auto też nie jest w 100% niezawodne. Nie życzę Ci awarii, ale starczy na przykład, jak przypadkiem będzie jakieś ostre żelastwo leżało na drodze – jak przetniesz dwa laczki za jednym razem, to spóźnisz się do roboty i nie ma na to bata. Do tego nie trzeba zimy ani innych kataklizmów.
@Marsjanin - to nie jest tak, że nie mogę spóźnić się do pracy, bo nikt mnie jakoś z tego specjalnie nie rozlicza, a nawet jak zacznie, to najwyżej mogę wyjść te 10-15 minut później. To jest kwestia mojej rzetelności. To społeczeństwo opiera się na bylejakości i wiecznych spóźnieniach. Dla mnie punktualność to podstawa i jakby mi nie pobłażali, tak będę czuł się głupio wiecznie się spóźniając. Poza tym - tolerancja na spóźnienia, to jest coś co dostaję od szefa. Staję się jego dłużnikiem, a ja nie lubię mieć długów.
OdpowiedzUsuńGdy przetnę nawet cztery laczki, od tego mam wykupione Assistance Premium, żeby panowie w kombinezonach zajęli się moim autem, a ja żebym kontynuował jazdę samochodem zastępczym. Nawet bez tego - dysponując autem mam zawsze dwie opcje: samochód + autobus. Musiałby być spory niefart, żeby oba się zepsuły w tym samym momencie.
Ludzie mają bardzo różne systemy wartości, i nie ma jedynego słusznego systemu wartości. Dla jednych najważniejsza jest punktualność, a wierz mi (tu nie piję do Ciebie), znam takich, którym punktualność towarzyszy całe życie i jest święta, niestety pracują albo jak wałkonie, byle się nudzić jak najdłużej, gdy szef nie widzi, albo jak partacze, i inni muszą po nich poprawiać. Bywa, że dostają nawet nagrody za szybko wykonaną pracę… To jest moim zdaniem dużo gorsza „bylejakość” niż spóźnialstwo samo w sobie.
OdpowiedzUsuń